niedziela, 2 listopada 2014

Rozdział VIII

   Leżałam na kanapie opatulona kocem z kubkiem herbaty w dłoniach. Kątem oka oglądałam jakiś materiał o Manchesterze United, jednak moje myśli były skupione na zagadkowym osobniku płci męskiej. Rozmyślałam o tym już trzecią godzinę od mojego powrotu. Co zmieniło jego decyzję? Nosz kurde, rano mordował mnie wzrokiem, a teraz odwala coś takiego... Dziwny człowiek. Jest dla mnie zagadką, którą nie wiem dlaczego, pragnę rozwiązać. Nie ufam mu w stu procentach, jednak ma coś w sobie co mnie niesamowicie pociąga i powoduje, że skoczyłabym za nim w ogień. Zaraz... CO!? Nie wierzę w to, co przed chwilą przyznałam...  Aaaaa! Zaraz łeb mi pęknie!
W tym samym momencie do mieszkania wszedł Krystian z walizkami.
- Hej Mała! Mam jedzenie!- krzyknął na wejściu.
- Ooooo! A co dobrego?- automatycznie wstałam i ruszyłam w jego stronę. Zawsze tak robię gdy ktoś wypowiada te magiczne zdanie.
- Hahahaahahah, widzę nawyk ci się nie zmienił.- zaczął sobie żartować.
- Zabawne...- przewróciłam oczyma.- A tak na serio to co tam masz?
- Może najpierw: Hej, co tam, jak było itp.?- znowu wybuchł śmiechem, ale gdy zobaczył moją poirytowaną minę, od razu spoważniał.- No dobra, wygrałaś. Mam pizze.- wyznał z szerokim uśmiechem, a ja już wiedziałam, że zaświeciły mi się oczy.- Melissa cię pozdrawia.- dodał po chwili.
- Dzięki.- uśmiechnęłam się, pomimo że nie przepadam za tą laską.
- Jak pierwszy dzień?- zapytał Kris, kładąc nasz obiad na stoliku w salonie.
- Oj dużo się działo.- podsumowałam i ugryzłam kawałek pizzy. Krystian zrobił wielkie oczy.
- Aż tak źle, czy aż tak dobrze?- spytał. Westchnęłam, a następnie opowiedziałam mu wszystko ze szczegółami dzisiejszego dnia. Po jego twarzy widziałam, że nastrój mu się zmienia z każdym wypowiedzianym przeze mnie słowem.
- Jeśli mam być szczery, to ci powiem, że dziwny facet z tego piłkarzyka. Uważaj na niego, proszę.- dodał.
- Tylko na nadal nie wiem jak mam go teraz traktować. Jak przyjaciela? Kolegę? Boże Kris! Mam mętlik w głowie..
- Heej! Nie przejmuj się tym tak. Twarda laska z ciebie. Nie daj się pierwszemu, lepszemu Fabregasowi.- założył mi kosmyk włosów za ucho i się uśmiechnął.
- Dziękuję. Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.
- Od tego są przyjaciele.- szepnął i pocałował mnie w czubek głowy. Czuję się przy nim pewnie i bezpiecznie. Mój kochany braciszek...
Gdy się najedliśmy, do późnej nocy oglądaliśmy ligę NBA. Po dłuższym czasie, obojga nas zmuliło i poszliśmy spać...
*
Rano tym razem obudził mnie budzik. Miałam bardzo dużo czasu, bo trening dzisiaj dopiero na 10. Była 7:30 więc postanowiłam wziąć dłuuugą kąpiel. Coś czuję, że to będzie ciężki dzień. I nie chodzi mi o moją pracę, tylko o Fabsa. Jest nieprzewidywalny. Humor mu się zmienia z minuty na minutę. Nadal będzie taki milusi jak wczoraj, czy znowu coś odwali? No cóż, mogłabym myśleć co by było gdyby całymi godzinami...
Wygramoliłam się w wygodnego łóżka, zwinęłam ciuchy i pognałam do łazienki, by Krystian mi jej nie zajął. Ma moje szczęście Kris spał. Wślizgnęłam się do łazienki i nalałam wody do wanny. Stanęłam przed lustrem. Jestem okropna... Usunęłam wacikiem resztki wczorajszego makijażu. Zrzuciłam ubrania i zanurzyłam się w ciepłej wodzie. Umyłam się, włączyłam muzykę i przymknęłam oczy.
Gdy nuciłam refren jednej z piosenek Enrique Iglesiasa, po łazience rozległo się głośne pukanie. Przepraszam, walenie w drzwi.
- IZA! Siedzisz tam godzinę, a mi zaraz pęcherz wybuchnie!
- Sikaj do butelki, albo podlej kwiatki.- zażartowałam wychodząc z wanny.
- To nie jest zabawne! Wyjdź jeśli ci życie miłe!- wybuchłam śmiechem.
- Daj mi chwilę strażaku.- już słyszałam ciche groźby i przekleństwa skierowane w moją stronę. W mig ubrałam przyszykowany przez siebie zestaw składający się z krótkich, czarnych spodenek i granatowego topu. Ledwo wyszłam z łazienki, a Kris zdążył już do niej wbiec i zatrzasnąć drzwi. Ja poszłam do swojej sypialni by spakować się do pracy. Gdy usłyszałam jak Martinez opuszcza toaletę, wróciłam do niej by umyć zęby i nałożyć trochę tuszu na rzęsy. W pełni gotowa skierowałam się w stronę kuchni, z której dochodził okropny smród.
- Ej Kris, co tak daje?!- tak jakby zadałam pytanie retoryczne, bo odpowiedź dostałam jak tylko na niego spojrzałam. Stał ze spalonym kawałkiem pizzy na talerzu z miną mówiącą ' Co to ma do cholery być?'. Próbowałam wstrzymać śmiech, ale to było silniejsze ode mnie.
- Coś ty dziecko najlepszego zrobił?
- No bo chciałem sobie to dziadostwo na śniadanie odgrzać. Wrzuciłem do piekarnika i o tym zapomniałem, bo byłem skupiony na zajętej łazience!- mówił takim tonem jakby chciał wrzucić całą winę na mnie. Ja znowu wybuchłam niepohamowanym śmiechem.- Tak, śmiej się z biednego Krystiana... Będziesz coś chciała...- zrobił smutną minę.
- Dobra nie spinaj się. Za chwilę wychodzę, wracam ok.15. A i jest sprawa... Podwieziesz mnie wieczorem na 19 pod Ciutat Esportiva?- zapytałam z nadzieją.
- Jasne. Po co?
- Wyjeżdżam i wracam jutro w nocy.
- Zostawiasz mnie?!
- Przyzwyczajaj się, bo będę musiała jeździć na każdy mecz Barcy. Domowy i wyjazdowy.- oczy mi się świeciły ze szczęścia, ja to czuję.
- Ehhhh... Znowu ode mnie uciekasz Izabelo.- próbował mówić poważnym głosem.
- Wcale nie uciekam panie Martinez. To po prostu wyjazd służbowy.- uśmiechnęłam się szeroko.- A teraz spadam, kocham cię.- zebrałam swoje rzeczy i kierowałam się do wyjścia.
- Do zobaczenia, ja ciebie też siostra!
*
Spokojnie szłam w stronę ośrodka treningowego. Promienie słoneczne muskały moją twarz. Pogoda zupełnie inna niż z wczorajszego popołudnia.
- Ej! Piękna zaczekaj!- za swoimi plecami usłyszałam radosny głos Chilijskiego napastnika.
- Witam pana. Dzisiaj pieszo?
- Taak... Zapomniałem zatankować i zostałem zmuszony do spacerku...- mówił lekko zawstydzony. Każdemu się przecież zdarza, to nie zbrodnia.
- Rozumiem... Jak nastawienie przed jutrem?- zarzuciłam nowy temat.
- Gramy z Gerafe więc bez stresu. Nawet nie mam pewności czy trener mnie powoła...- posmutniał.
- Ej! Nie mów tak, bo mam pewność, że da ci szanse nawet w pierwszym składzie. Jesteś w świetnej formie, grzechem by było cię na boisko nie wpuścić!- mówiąc to przekraczaliśmy próg Ciutat Esportiva.
- Dzięki, że we mnie wierzysz. To wiele dla mnie znaczy.- taka moja praca, jako psycholog nie mogę go przecież demotywować. Ale mówiłam prawdę, żeby nie było...
- Nie ma za co. Leć się przebrać bo 'Tata' się wkurzy.- dodałam po chwili.
- Ano masz rację. Too do zobaczenia.- cmoknął mnie w policzek i poszedł. Ja też udałam się do swojego gabinetu by się przebrać. Gdy zrobiłam to w miarę sprawnie, z uśmiechem udałam się na murawę.
- A witam! Miło cię widzieć Isabello. Jak wczorajsze pogadanki?- przywitał mnie na wejściu Gerardo.
- Dzień dobry. Chłopcy są niesamowici i coś czuję, że nie będę się przepracowywać. Sami mają w sobie tyle energii i motywacji, że nie potrzebują dodatkowej.- rozgadałam się.
- Oj żeby oni tak tryskali energią dzisiaj na treningu.- zaśmiał się Martino drapiąc się po głowie. Oboje wtedy spojrzeliśmy w miejsce, gdzie na trawie leżeli Marc, Sergi, Jonathan, Leo, Cesc i Dani. Cicho zachichotałam, a na boisko wtargnęła reszta zawodników. Tamta grupka wstała i przede mną i trenerem ustawili się w rządku.
- Gdzie Pique!?- padło twarde pytanie 'Taty'. A faktycznie mojego przyjaciela ani śladu.
- Zaraz będzie.- odpowiedział Fabregas.
- Trenerze, kto jedzie do Getafe?- usłyszeliśmy pytanie Pedro. Wszystkie spojrzenia skierowały się wyczekująco na Gerardo.
- Na pewno my dwoje.- powiedział pokazując na mnie i siebie.- Sztab medyczny. A z was: Jose, Oier, Dani, Martin, Jordi, Adriano, Javier, Marc, Xavi, Andres, Cesc, Jona, Sergio, Sergi, Leo, Ney, Pedro, Alexis i Cristian.
- A Gerard?- tym razem zapytał Cesc.
- Nie ma go teraz, to nie mamy o czym gadać.- skwitował. I nagle, jak na zawołanie na boisko wbiegł zmachany Pique.
- Przepraszam! Zaspałem! To był ostatni raz!- tłumaczył się nerwowo Geri.
- Wiesz, ze dłużej nie będziemy tak pogrywać?
- Ja wiem, na prawdę przepraszam. Poniosę wszelkie konsekwencje.
- No ja myślę. Bo do Getafe z nami nie pojedziesz. Masz się stawić jutro o 9:30 na treningu rezerw, zrozumiano?- mówił z taką stanowczością. Byłam pod wrażeniem.
- Tak jest.- wysyczał przez zaciśnięte zęby Gerard. Ma prawo być zły, ale tylko i wyłącznie na siebie...
- Tą sprawę wyjaśniliśmy. To teraz 30 kółek przebieżki. Pique ty 60.- dodał Martino po chwili. Chłopcy ruszyli do pracy. Ja zaszyłam się opierając o bramkę i obserwując piłkarzy. Wpatrywałam się w nich jak w obrazek. Wpatrywałam się w każdego po kolei. Po chwili zorientowałam się, że przez mega długą chwilę wpatruję się w Barcelońską '4'. Co w nim takiego jest? Pociąga mnie, ale jednocześnie drażni tą pewnością siebie, którą często reprezentuje. Niby się pogodziliśmy, ale nadal nie mam pewności czy nie blefował, by później mnie ośmieszyć. Jest taki tajemniczy, intrygujący, wkurwiający, seksowny... ZARAZ CO?! Nie mogę tak myśleć! Nie chcę się teraz zakochać, zwłaszcza w nim! Ale z drugiej strony: ta postura ciała, zniewalający uśmiech, przeszywające mnie całą spojrzenie tych brązowych oczu i ten boski głos, który powoduje u mnie dreszcze na całym ciele... STOP! Muszę się uspokoić...
- O czym tak myślisz?- spadła na mnie fala gorąca... Dlaczego akurat w tym momencie?!
- Emmm, nic. Tak sobie... Nie powinieneś trenować?
- Eeee.. Już po treningu złotko.- rozejrzałam się. Na boisko poza nami nie było nikogo.- No Śpiąca Królewno, od ponad godziny się na mnie gapiłaś. Aż taki zajebisty jestem?- zaśmiał się złośliwie.
- Cham...- podniosłam się i ruszyłam do mojego gabinetu. Nagle poczułam, jak Cesc chwyta moją dłoń.
- Ej, przepraszam. Zapomnijmy o tej sytuacji. To tylko gapienie się.- znowu się głupkowato śmiał. Tego już za wiele. Wyrwałam dłoń z jego uścisku i zamknęłam się u siebie. Co on sobie wyobraża? Ja mu prawie wybaczyłam, a ten znowu zaczyna z tymi złośliwymi uwagami. A tak się łudziłam, że nasze stosunki się zmienią chociaż odrobinę... Z opowieści Gerarda- jest ideałem. Z moich spostrzeżeń- dupkiem...
Przebrałam się w normalne rzeczy i spakowałam. Stanęłam przy drzwiach i starałam się zarejestrować, czy ten frajer tam nie stoi.
Cisza.
Przekręciłam klucz i już uchylałam drzwi, a tu nagle poczułam mocne szarpnięcie za klamkę. Upadłam, a Cesc po chamsku wbił do pokoju zatrzaskując drzwi. Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem po czym wyciągnął ku mnie dłoń. Pomimo wszystko chwyciłam za nią. Ten pociągnął mnie prosto w swoje silne ramiona i zatrzasnął w uścisku. Patrzał mi prosto w oczy, a ja tylko czułam jak nogi się pode mną uginają... Iza, kiedy ktoś tak na ciebie działał...?
Cesc oparł swoje czoło o moje, nadal nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie wiem czemu, moje ciało domagało się więcej. Moje dłonie były usadowione na jego klatce piersiowej. Nagle ni stąd ni zowąd zaczął mnie całować. Z początku delikatnie, ale stopniowo zwiększał ta namiętność. Zaczęłam oddawać pocałunki. Tego chyba pragnęłam w tamtym momencie. Czułości od faceta który mnie pociąga... ALE JA JESTEM GŁUPIA!
***
**
*
**
***
Przepraaaszaaam! Wiem że długo nic nie dodawałam a rozdział jest kiepski... Nie mam teraz czasu na nic :( I coś mi się wydaje, że następny rozdział pojawi się za podobną ilość czasu :( Przepraszam :(

środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział VII

- ISAAA! WSTAWAAAJ!- obudziły mnie wrzaski Gerarda. Nie była to najprzyjemniejsza pobudka jaką miałam.
- Geri skarbie, daj mi spać.- powiedziałam spokojnie i naciągnęłam kołdrę na głowę.
- Jak zaraz nie ruszysz swojego szanownego tyłka, to ja się spóźnię na trening, a ty do pracy. Tak dla przypomnienia skarbie.- powiedział dosyć ironicznie ostatnie słowo. Ale zaraz?! Coo?!! W tym momencie zerwałam się z łóżka jak oparzona. Zapomniałam o praktykach! Niewierze...
W pośpiechu zdjęłam t-shirt i podbiegłam do szafy.
- Emmm, striptiz to po robocie bym prosił.- zaśmiał się uwodzicielsko Gerard, a ja tylko przewróciłam oczami.
- Nigdy się przed tobą nie krępowałam, ale właśnie dałeś mi znak, że jednak powinnam. I się tak nie gap, tylko też się chociaż ogarnij trochę.
- Już zdążyłem wrócić do domu po sprzęt na trening i jakbyś nie zauważyła, przebrałem się.- faktycznie miał na sobie inne ciuchy niż wczoraj.
- No dobra, dobra. Tooo... Idź zrób coś do jedzenia, a ja się przebiorę na spokojnie.- pokazałam gestem, że ma spadać. Tym razem to on przewrócił oczami i wyszedł.
Od razu pobiegłam do łazienki by wziąć szybki prysznic. Załatwiłam to błyskawicznie, następnie włożyłam na siebie białą bokserkę i spodenki z Lechii, które kiedyś dostałam od Maćka Makuszewskiego. Zrobiłam lekki makijaż i wróciłam do pokoju by spakować do torby najpotrzebniejsze na dziś rzeczy.
W pełni gotowa, udałam się do kuchni, w której mój przyjaciel miał przygotować jedzenie. Pomimo braku talentu kulinarnego od strony Pique, nie widziałam żadnego dymu, ani dużego bałaganu.
- Szybko szamaj bo musimy zaraz jechać.- oznajmił kładąc przede mną talerz z kanapkami. Pochłonęliśmy wszystko z prędkością światła.
- No to ja czekam na ciebie w aucie.- rzucił Gerard i zniknął za drzwiami wejściowymi. Ja tylko zwinęłam z wieszaka moją siwą bluzę, zamknęłam mieszkanie i ruszyłam za przyjacielem.
Całą drogę się nie odzywaliśmy. Ta cisza była poniekąd bardzo dziwna. Pierwszy raz Geri był skupiony w 100% na drodze. Nie rozśmieszał mnie, nie zagadywał. Nic.
Gdy dojechaliśmy do Ciutat Esportiva, szybko wyszliśmy z auta i półbiegiem udaliśmy się do budynku.
- Geri, gdzie trener Martino ma swoje biuro?- zapytałam przyjaciela.
- Emm, idź tym korytarzem prosto. Ostatnie drzwi na lewo.- oznajmił pokazując mi ręką stronę, w którą mam się kierować.- I nie denerwuj się tak, bo ja zaraz zacznę przeżywać, a tego chyba nie chcesz.- odparł.
Może miał racje. Jednak nadal boję się jak przyjmie mnie trener i reszta drużyny i sztabu.
- Dobra Izuś, ja spadam do szatni, Do zobaczenia na murawie.- cmoknął mnie nieśmiało w policzek, po czym pobiegł do 'swoich'. Ja natomiast poszłam za jego wskazówkami i odnalazłam biuro 'Taty'. Dobra, najwyżej będę żałować, że się na to zgodziłam.
Zapukałam w ciemno-granatowe drzwi.
- Proszę.- usłyszałam stłumiony za ścianą głos. Cicho weszłam do pomieszczenia.
- Witam, witam. Pewnie jesteś naszą nową praktykantką?- przywitał mnie wesoło Martino. Nie ukrywam, że jestem podekscytowana tym spotkaniem. Właśnie rozmawiam z trenerem najlepszego klubu na świecie!
- Dzień dobry trenerze. Tak, ja na praktyki. Jestem Isabell Murawska.- wydusiłam w końcu.
- Ohhh, proszę. Mów mi Gerardo. Dziwnie się czuję gdy ktoś mówi do mnie tak oficjalnie.- poprosił. Coś czuję, że będę się z nim nieźle dogadywać.
- Jasne tre... Znaczy Gerardo.- uśmiechnęłam się nieśmiało.- To od czego mam dzisiaj zacząć?
- No więc dzisiaj pod koniec treningu, mogłabyś wziąć każdego po kolei do siebie na 10 minut. Pogadasz z każdym, poznacie się. To tak na początek.- oznajmił.- No więc, zaraz pokażę ci Twój gabinet, a następnie udamy się na murawę. Poobserwujesz moich chłopców. Może nie będzie to dla ciebie zbyt pasjonujące, ale niektórych piłkarzy mamy przystojnych.- zażartował.
- Właśnie dla mnie to jest bardzo pasjonujące.- palnęłam. Kurde, mogę mu powiedzieć teraz, lub czekać aż dostanie moje wszystkie papiery z Polski i sam się dowie. Zresztą, to mój pracodawca. Musze mu zaufać.- Bo ja sama kiedyś dużo grałam. Od dziecka moje życie obraca się głównie wokół footballu.- powiedziałam nieśmiało, a trenera chyba trochę zamurowało.
- Więc na przykład twoje spodenki to nie przypadek?
- Nie, należały do mojego kolegi z klubu.
- A więc, grałaś w Lechii Gdańsk. Gdzieś jeszcze?
- Jako mała dziewczynka pogrywałam w Elanie Toruń. No i grałam w szeregach polskiej reprezentacji do lat 18.- dziwnie mi było o tym opowiadać 'obcemu' facetowi.
- To rewelacyjnie! Myślałaś, żeby może wrócić do sportu?
- Nie...
- Bo wiesz mogę szepnąć dobre słówko o tobie trenerowi Barcy Femenin.- uśmiechnął się serdecznie, a ja chciałam krzyczeć ze szczęścia. To było moje marzenie, ale doskonalę zdaję sobie sprawię, że nie mogę. Nie teraz...
- Nie mogę teraz grać, przepraszam.- bolały mnie własne słowa...
- Nie przepraszaj, ale jakbyś zmieniła zdanie to daj znać. Ale mam też inną propozycję. Może zostaniesz moją asystentką? Chodzi mi bardziej o doradzanie w treningach, strategiach, ustawieniu. Oczywiście z obiektywnego punktu widzenia. Co ty na to?- zapytał z nutą nadziei w głosie. Sama nie wierzyłam w to co słyszę.
- Zgadzam się, ale mam wielką prośbę.
- Zamieniam się w słuch.
- Na razie nikt się nie może dowiedzieć o tym, że grałam. Czy możesz mi obiecać, że nikomu nie powiesz?- spytałam błagającym tonem.
- Ta rozmowa pozostaje między nami, jednak gdy przyjdzie reszta twoich papierów będzie miał je do wglądu Zubizaretta.
- Jasne i bardzo dziękuję za zaufanie.
- Nie ma za co. A i tak na dopełnienie. Jesteś ważnym członkiem zespołu, więc będziesz musiała jeździć z nami na każde mecze, domowe jak i wyjazdowe. Będziesz siedziała z nami na ławce trenerskiej. Liczymy na ciebie.- uśmiechnął się do mnie promiennie.- A teraz już chodźmy, bo jesteśmy trochę spóźnieni.
Myślałam, że zaraz mi serce wyskoczy z piersi. To było spełnienie marzeń. Coś niemożliwego dla młodej polki.
- Tutaj jest twój nowy gabinet.- podał mi klucz, wskazując na bordowe drzwi obok piłkarskiej szatni.- Zostaw rzeczy i przebierz się w to co zostawiliśmy ci na biurku. Co tydzień będziesz dostawała nowy komplet naszych uniformów. Ja pójdę po chłopaków i widzimy się za chwilę na zewnątrz.- oznajmił wesoło.
Weszłam do niewielkiego pokoju z granatowymi ścianami. Przy dużym oknie z widokiem na boisko stało dębowe biurko, a przy nim jedno duże, miękkie  krzesło z jednej strony i dwa zwykłe drewniane z drugiej.
Na ścianach wisiały stare fotografie stadionu, piłkarzy, kibiców.
Ale muszę się teraz skupić! Szybko przebrałam się w uniform sztabu szkoleniowego. Już czas...
Od razu po wyjściu z gabinetu udałam się w stronę boiska. Już słychać było pierwsze polecenia trenera. Gdy przekraczałam próg wyjścia na dwór, ogarnął mnie strach. Idąc w stronę uśmiechniętego trenera, czułam na sobie palące spojrzenia zawodników. Starałam się iść pewnie. Mam nadzieję, że chociaż trochę mi się to udało.
- No chłopcy podejdźcie tutaj.- a oni stanęli przed nami w dwuszeregu.- To jest Isabell Murawska. Wasza pani psycholog oraz moja nowa asystentka.- gdy spoglądałam na piłkarzy, wszyscy się przyjaźnie uśmiechali. Wszyscy poza Cesciem... Więc chyba mnie skojarzył...- No więc.- kontynuował Martino.- Macie teraz 5 minut na to żeby się przedstawić. Pod koniec treningu, Isa weźmie każdego z was na krótką rozmowę 'zapoznawczą'.- każdy skinął głową na potwierdzenie.- Powodzenia.- dodał bezpośrednio do mnie i odszedł kawałek dalej by chłopaki mięli 'pole do manewru'.
- Hej Mała. Jestem Alves. Dani Alves.- zaczął pierwszy.
- Hej, Isa jestem.- uśmiechnęłam się delikatnie.
- Pique miał racje, że jesteś śliczna.- szeroko się uśmiechnął.
- Siemka, Ney jestem. Miło Cię poznać Isa.- młody Brazylijczyk pocałował wierzch mojej dłoni, a ja czułam jak się rumienię.
- Ja jestem Xavi, a to jest Leo i Andres. Witamy w zespole.- uśmiechnął się szeroko kapitan, pokazując na kolegów stojących z boku.
- Cieszymy się, że będziesz z nami współpracować!- przytulił mnie któryś z piłkarzy.- Jordi, miło mi.- przywitał się ściskający mnie. Więc to był Alba. Zawsze wydawał mi się taki nieśmiały a tu proszę. Gdy tylko mnie puścił, poczułam jak ktoś inny zaczyna obejmować mnie w pasie od tyłu.
- Hej piękna. Jak pierwszy dzień?- znałam doskonale ten subtelny głos.
- Hej Alexis. A bardzo dobrze, miło że pytasz.
- I co sądzisz o naszej boskiej drużynie?- puścił mnie i stanął na przeciwko.
- Jesteście zdrowo porąbani.- zaśmiałam się pokazując na Sergiego Roberto goniącego Bartrę, który uciekał ze spodenkami tego pierwszego.
- No tak.- zaśmiał się.- No to powodzenia..
Chyba przywitała mnie cała drużyna. Przynajmniej tak przez chwile myślałam puki nie zobaczyłam mojego przyjaciela u boku Fabregasa zmierzających ku mnie. Geri wyglądał na prze-szczęśliwego, Cesc już niekoniecznie.
- Witam ponownie Młoda.- zawołał wesoło obrońca, pocałował mnie w policzek i objął ramieniem.
- Ja chyba też przedstawiać się nie muszę...- rzucił oschle Fabs, nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
- Co ty w ogóle do mnie masz?- nie wytrzymałam. Już chciałam coś dodać, ale Pique mnie wyprzedził.
- Możecie się uspokoić? Spróbujcie być chociaż dla siebie mili.- rzucił obrońca i wrócił do kolegów. Fabregas podniósł wzrok i zmierzył mnie od stóp do głów. Jego spojrzenie wręcz paliło.
- Możesz się tak nie patrzeć? Po prostu powiedz, że ci coś nie pasuje.- byłam już bardzo rozdrażniona.
- Wyładniałaś.- odpowiedział chłodno i odszedł. Co to miało być? Może to i był komplement, ale z jego ust brzmiało to jak drwina. Ale ten człowiek mnie drażni...
Usiadłam na ławce trenerskiej, a nerwy już powoli odpuszczały. Ze skupieniem obserwowałam każdego z osobna. To niesamowite, jak ci wszyscy szaleni piłkarze, na treningu są mega skupieni na tym co robią. Cały ten czas mijał bardzo szybko.
- I jak ci się podoba?- zapytał Gerardo, który nawet nie wiem kiedy usiadł obok mnie.
- Jest cudownie. Ale zauważyłam, że Sanchez i Fabregas nerwowo przyjmują i podają piłki.- trener zaczął się im przyglądać.- Oczywiście może jest inaczej, to jest tylko moje zdanie.- zaczęłam się nerwowo tłumaczyć.
- Spokojnie. Masz racje, wcześnie tego nie zauważyłem. Porozmawiam z nimi po treningu.- serdecznie się do mnie uśmiechnął.- Widzisz? Pomagasz mi od niespełna dnia, a już zauważasz rzeczy które mi umykają. Dziękuję ci za to.- zaśmiał się.- No to kogo weźmiesz pierwszego?
- Sama nie wiem. Może zacznę od Gerarda? Znam go od dłuższego czasu, może mi coś podpowie i pomoże ustalić dalszą kolejność...- zerknęłam na trenera.
- Świetny pomysł.- wstał i podszedł do murawy.- Pique, idziesz na pierwszy ogień do Isy.- krzyknął w stronę obrońcy. Ten natychmiast podbiegł do mnie i przytulił.
- Pani prowadzi, panie psycholog.- zaśmiał się. Ja tylko dźgnęłam go w umięśniony brzuch i ruszyłam w stronę mojego gabinetu. Jeju jak to pięknie brzmi.
Po wejściu usiadłam na moje mięciutkie krzesło, a Geri usiadł na przeciwko.
- I jak ci idzie? Z tego co zauważyłem to oczarowałaś nie tylko całą drużynę, ale i trenera. Gerardo był tobą widocznie zachwycony...- zaczął nawijać.
- Ej nie nakręcaj się tak. Dobrze wiemy, że nie wszyscy mnie lubią..
- Masz na myśli Cesca...- to było raczej stwierdzenie niż pytanie.- Powiem ci w tajemnicy, że chyba mu się spodobałaś.
- Ale co mi to da? To, że 'wyładniałam' ma zmienić jego stosunek do mnie?
- Słuchaj, wiem że Fabs jest czasem irytujący. Wiesz jak to boli gdy dwie ważne dla mnie osoby skaczą sobie do gardeł? Kocham was... Nie mogę stracić ani jego, ani ciebie...- mówił z bólem w głosie. Może coś w tym jest?
- Zostawmy ten temat. Spróbuję być dla niego miła, ale nic nie obiecuję jeśli to on zacznie...- powiedziałam jąkając się.- Kłócenie się z nim też mi przyjemności nie sprawia.
- Dziękuję, to naprawdę dużo dla mnie znaczy...- ciepło się uśmiechnął.
- No to teraz pomóż mi ustalić kolejność z jaką mam przeprowadzać dalsze rozmowy.
- Okey, jasne. Proponuję Fabregasa załatwić na koniec, a resztę brać od najstarszego do najmłodszego. Młodziki rozbawią cię na koniec.
- To widzimy się jutro na treningu?
- Taaak, przyjechać po ciebie rano?- zapytał podnosząc się z krzesła.
- Nie musisz, ale dzięki. No więc na dzisiaj to już wszystko panie Pique, proszę zawołać następną osobę.- udałam poważną.
- Jasne. Do zobaczenia pani psycholog.- powiedział szarmancko, po czym podszedł do mnie i czule pocałował w czoło. Następnie wygiął usta w nieśmiały uśmiech i wyszedł.
Każdy do mnie przychodził w wyznaczonej kolejności. Gerard miał racje, najmłodsi wprawili mnie w świetny nastrój. Są genialni! Sama nie wiem, kiedy się ostatnio tak śmiałam. W końcu przyszedł czas na Fabregasa. Jak na złość w tamtym momencie zaczęło padać. Świetnie.
- Załatwmy to szybko.- rzucił Cesc siadając po drugiej stronie biurka.
- Też mi się nie uśmiecha długo z tobą rozmawiać. Ale mam pytanie.- zaczęłam. Starałam się brzmieć stanowczo, ale przyjaźnie.
- No dawaj.- odpowiedział w miarę spokojnie.
- Powiedz, zależy ci na Gerardzie?
- Co to za pytanie?- parsknął.
- Bardzo proste. No więc?
- Zależy, jest dla mnie jak brat. Trzymamy się razem praktycznie od zawsze. Zresztą, dla czego pytasz?
- Dla nas obojga on nie jest obojętny. A naszymi sporami go tylko ranimy. Możesz mnie teraz wyśmiać, ale proponuję chociaż udawać przy nim, że między nami jest okey. Co o tym myślisz?- milczał. Cały czas wymienialiśmy się spojrzeniami. Miał naprawdę piękne oczy. Gdy tak w nie patrzałam, nie mogłam znaleźć słowa. Zawstydził mnie? Onieśmielił? Niee, nie może być.
- Masz rację, postaram się traktować cię przy Gerardzie normalnie. Nie chcę, żeby przeze mnie cierpiał.- powiedział od niechcenia.
- Dzięki.
- Nie masz za co.- burknął.- To wszystko? Mogę już iść?- spytał znudzony świdrując mnie wzrokiem.
- Tak, do jutra.- rzuciłam. Ten tylko wymusił uśmiech i zostawił mnie samą. Myślałam, że będzie gorzej...
Teraz chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu. W miarę sprawnie przebrałam się w moje ciuchy, a te które dostałam wrzuciłam do torby. Zamknęłam pokój i ruszyłam w stronę wyjścia.
Kompletnie zapomniałam, że leje deszcz. Przypomniało mi się o  Krystianie. Szybko wybrałam jego numer, ale 1 sygnał... 3... 5... 8... i nic! No to pięknie... Jestem skazana na spacer.
Szłam chodnikiem wzdłuż jednej z głównych ulic Barcelony. Deszcz lał się strumieniami, a niebo wyglądało prawie jak w nocy, pomimo wczesnej godziny... Przemoczona do suchej nitki, zmierzałam ku Camp Nou.
Nagle jeden z samochodów zwolnił i podążał tuz obok mnie. Mam uciekać? Momentalnie przyspieszyłam, lecz kierowca nie dawał za wygraną. W tamtym też momencie, szyba od strony pasażera otworzyła się, a za kierownicą ujrzałam niejakiego Fabregasa.
- Wsiadaj, podwiozę cię.- rzucił nieco milszym głosem niż wcześniej w Ciutat Esportiva.
- Dam radę. Poza tym nie ma tu Gerarda, nie musisz udawać miłego.
- Nie proponuję ci podwózki ze względu na niego. Muszę z tobą jeszcze porozmawiać.- zawiesił się.- A teraz Murawska, proszę żebyś wsiadła, albo się rozmyślę.- dodał. Szczerze? Zamurowało mnie w pewnym stopniu. Czułam, że już nie mówi do mnie z pogardą w głosie. Dobra, raz się żyję. Najwyżej będę tego żałować...
- Ale nie wyjedziemy za miasto, żebyś mógł mnie zabić i zakopać?- zapytałam by rozładować atmosferę. Ten się tylko zaśmiał i otworzył mi drzwi.
- O to możesz być spokojna.- odpowiedział uśmiechając się.- I tak bym cię najpierw zgwałcił...- dodał pod nosem, a ja udałam, że tego nie słyszałam.
- Mam pytanie...- zaczął po chwili dziwnej ciszy. Spojrzałam na niego czekając na ciąg dalszy.- Bo wszystko przemyślałem po rozmowie z tobą wtedy po treningu. I masz racje. Gerard nie zasługuje na to by się z nami męczyć. Jest moim bratem, kocham go i on zawsze może na mnie liczyć. Nie wiem co was łączy, ale mam nadzieję, że myślisz podobnie jak ja. Może...- znowu się zawiesił.- Może damy sobie jeszcze jedną szanse? Zaczniemy znajomość zupełnie od nowa? Nie będziemy musieli udawać. Znając mnie, to pewnie nie raz ci jeszcze dowalę, albo się pokłócimy.- zaśmiał się mówiąc ostatnie zdanie.- Mówię teraz w 100% poważnie... Co ty na to?- zamurowało mnie teraz totalnie. Nie dowierzałam w jego słowa. Ale może jednak naprawdę nie jest taki zły jak myślałam? No chyba, że mnie wrabia, żeby w przyszłości upokorzyć... Sama nie wiem co z tego będzie... No ale cóż, czas pokaże czy było warto..
- Możemy spróbować...- wyjąkałam.
- No więc... Cesc jestem.- spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem na ustach i wyciągnął ku mnie rękę.
- Isa, miło mi.- uścisnęłam mu dłoń i oboje się zaśmialiśmy. Nastąpiła chwila ciszy, jednak czułam, że Fabs co chwile zerka w moją stronę.
- Czemu wracasz sama? Nasz boski Gerard cie nie odwozi?- zagadał po chwili gdy dojeżdżaliśmy pod moje miejsce zamieszkania.
- Szczerze? Nie wiem... Nie prosiłam go nawet o to, więc nie mogę od niego tego wymagać.- odpowiedziałam.
- To co? Widzimy się jutro?- zapytał chyba retorycznie.- Jak wejdziesz do domu, koniecznie zrób sobie coś ciepłego do picia i się przebierz, bo się przeziębisz nam.- mówił z... troską?
- Dzięki za radę. Zapamiętam. Too... Do jutra.- uśmiechnęłam się i wyszłam z auta.- Dziękuję za podwózkę.- dodałam.
- Do usług.- zaśmiał się.- Do zobaczenia.- dodał i się szeroko uśmiechnął. Ja szybko udałam się do domu i postąpiłam według słów Cesca.
Szczerze? Pogubiłam się... We wszystkim. W zmianie jego zachowania, nastawienia do mnie... Normalnie jak baba z okresem. Nie wiem co z tego wszystkiego wyjdzie, na prawdę nie wiem... Z jednej strony, on może mnie wykiwać prędzej czy później. A z drugiej... Może ludzie jednak się zmieniają? Może on od początku nie był taki zły? Pożyjemy, zobaczymy...
...
..
.
..
...
Przepraszaaam za długą przerwę, ale nie mogłam od dłuższego czasu skończyć tego rozdziału. :(
Nie będę już dodawać ich tak często ;/ Zbliża się szkoła, a w weekend znowu wyjeżdżam. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie ;p
Ogólnie, mam nadzieję, że rozdział jest w miarę w porządku ;p
My tu sobie w Polsce siedzimy, a Maciuś wyleciał sobie na Kretę :( Drażni mnie to bardzo ;/ + to że takie ładne widoki podsyła (a najpiękniej jest na pierwszym planie<33 hahah).



















Do następnego :* <3

czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział VI

 Obudziłam się we własnym łóżku (?) ze świadomością, że teraz może być już tylko lepiej. Mam przy sobie dwie najważniejsze dla mnie osoby. Mam Geriego, który jest moim, kochanym przyjacielem i mam Krystiana, mojego 'brata'. Jedyne co mi na razie pozostało, to wyjaśnić sytuację z Gerardem i mieć nadzieję, że to nie zepsuje naszych stosunków.
 Powoli wstałam z łóżka i od razu ubrałam na siebie moje ulubione, krótkie, dresowe spodenki i jedną z moich starych koszulek z reprezentacji. Gdy teraz widzę tą '6' i nad nią napis 'Murawska' mam łzy w oczach. Mimo to lubię je nosić gdy nikt nie patrzy. Pozwalają mi sobie przypomnieć kim byłam kiedyś.
 Cicho poszłam do kuchni. Była już 12. Myślałam, że Kris jeszcze śpi, jednak pomyliłam się. Czasem potrafił się obudzić dopiero po 14. Siedział na kuchennym blacie i wcinał ciastka. Ale zaraz zaraz... TO MOJE CIASTKA! Gdy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się i zsunął się z płyty aby mnie przytulić na powitanie.
- Ja ciebie kiedyś zabiję...- powiedziałam ze spokojem.
- Czemu mi znowu grozisz mikrusie?- spytał i lekko się ode mnie odsunął.- O! Widzę, że jednak wracasz do starego hobby.- wyszczerzył się i pokazał palcem na moją koszulkę.
- Lubie nosić stare koszulki, to po pierwsze. A drugie, zjadłeś moje ciastka. Moje ukochane ciastka!- powiedziałam z wyrzutem, a on się tylko zaśmiał.- To nie jest zabawne, Martinez!
- Owszem jest. Spinasz się o coś, co możesz kupić w każdym, tutejszym sklepie. Poza tym pamiętaj, że to też są moje ulubione słodycze.- powiedział śmiesznym głosem, po czym mnie przytulił. Był bardzo zaskoczony jak po chwili mu się wyrwałam i podeszłam do kuchennego zlewu by nalać sobie wody do szklanki. Podeszłam do niego i wzięłam łyka, następnie to ja go przytuliłam. O tak zemsta będzie słodka.
W mojej prawej dłoni nadal spoczywała pełna szklanka, która 'przypadkiem' się przechyliła rozlewając ciecz na jego głowę i kark. Kris momentalnie ode mnie odskoczył.
- Ej! Za co to?!- krzyknął, a ja nie mogłam pohamować śmiechu. Drobne kropelki spływały mu po ciemnych kosmykach włosów i kapały na twarz i ciuchy.
- Ups, wybacz. Trzeba było nie jest moich ciastek.- znowu wybuchłam śmiechem. Ten tylko zrobił śmieszną minę i podszedł do mnie.
- Pożałujesz, że to zrobiłaś.- szepnął mi do ucha po czym objął.- Jeśli chcesz, żeby ta koszulka była zdatna do dalszego użytku, radziłbym ci ją teraz zdjąć.- dodał i podniósł jedna brew. To taki jego tik gdy coś kombinuje. Dobra, nie wstydzę się chodzić przy nim w bieliźnie, ale zaczynam się bać.
- Co ty chcesz zrobić?- zapytałam i zaśmiałam się jednocześnie.
- No zdejmuj szybko.- zaśmiał się diabelsko. Dla bezpieczeństwa mojej koszulki, zdjęłam ją i rzuciłam na kanapę. Nawet się nie zorientowałam, gdy ten wziął mnie na ręce i niósł w kierunku łazienki. O nie. Już się domyślam co planuje. W tym samym momencie usłyszałam głośnie pukanie do drzwi.
- Nie wiem ktoś ty, ale wejdź tu i mi pomóż!- zaczęłam się wydzierać i wyrywać. Zostałam wepchnięta pod prysznic.
- I co teraz zrobisz?- zaśmiał się Kris.
- Jeśli odkręcisz tą wodę, obiecuję ci, że zginiesz w torturach z rąk moich.- zagroziłam mu i usłyszałam też jak ktoś wchodzi do mieszkania.
- Jakoś się ciebie nie boję!- posłał w moją stronę słodki uśmieszek i odkręcił kurek.
- Nie rób mi tego!- krzyczałam już cała przemoczona. Już od początku starałam się stamtąd wyjść, jednak Kris mi to uniemożliwiał blokując mi wejście.- Kris! Błagam! Przestań! Muszę iść czytać!- wrzeszczałam. Nagle do łazienki wparował przestraszony Geri.
- Co się tutaj dzieje?!- krzyknął przerażony, a po chwili zaczął się śmiać. Jednak nie umknęło mojej uwadze to, że Pique wrogim spojrzeniem mierzył Krystiana.
- Nie śmiej się tylko mi pomóż!- krzyczałam.- Kris, kurwa przestań!- dodałam po polsku.
- Oj Mała, miałaś nie przeklinać!- odgryzł się. Chyba nawet zbytnio nie ogarnął kto za nim stoi.
- Kris! Geri! To już nie jest zabawne!- krzyczałam już bardziej rozpaczliwym tonem. Jednak Krystian nic sobie z tego nie robił, tylko oblewał mnie dalej.
- Ej, ona chyba ma już dość.- oznajmił Pique w kierunku tego drugiego. Martinez chyba zdał sobie sprawę kto jest z nami w łazience. Bo gdy tylko lekko odwrócił wzrok, od razu wyłączył wodę. Od razu wybiegłam z pod prysznica by znaleźć schronienie w ramionach Geriego. Wtuliłam się w jego gorące ciało i czułam jak jedna z jego dłoni głaszcze mnie po plecach.
- Emm, Isa? Nie wnikam czemu jesteś w samym staniku i dałaś się tak wrobić. Ale poza tym wiem, że lubisz się do mnie przytulać i mi to nie przeszkadza, ale jesteś cała mokra.- oznajmił Gerard, po czym rozluźnił uścisk i sięgnął po ręcznik z półki którym mnie opatulił.
- Dziękuję.- posłałam w jego stronę nieśmiały uśmiech. Następnie spiorunowałam wzrokiem Krisa i wyszłam. Po drodze do mojej sypialni zgarnęłam moją reprezentacyjną koszulkę. Szybko przeprałam się w suche rzeczy, oraz pochowałam moje piłkarskie pamiątki do szafy. Zawsze to robię gdy Gerard do mnie zawita.
 Poszłam do salonu, bo tam przenieśli się moi przyjaciele. Gdy weszłam, zawzięcie o czymś dyskutowali. Nawet nie słuchałam, tylko usiadłam pomiędzy nimi.
- Iza, skarbie, powiedz proszę nowemu koledze, że Lechia to niezła drużyna. On mi nie wierzy.- mówił jak dziecko.
- Kris, proszę nie mów do mnie skarbie. Geri, Lechia to na prawdę dobry klub.- oboje wywrócili oczyma.
- Lechia kiedyś była spoko, ale jej żeńska sekcja. Przyznam, że jeszcze przed tym jak trafiłam do Manchesteru to czasem oglądałem jak te laski grają. Nie pamiętam nazwiska, ale grała tam taka z '6' i ona była niesamowita. Grała zupełnie podobnie jak Xavi poprzeplatany Iniestą. Biła na łeb Alex Morgan. Jednak jak przestała grać, to ja przestałem oglądać. Szkoda jej. Miała 16 lat, a grała w pierwszym składzie. Ale mówię wam, świetna piłkarka. Później ją znajdę w internecie to wam pokarzę.- gdy to opowiadał, ja siedziałam i patrzałam na niego z szeroko otwartą buzią i oczami. Czy on na serio mówił o mnie? Zrobiło mi się głupio. Spojrzałam na Krisa, jego reakcja była taka sama.
- Coś nie tak?- pytał nieogarnięty Geri.
- Wszystko okey. Tylko ta laska to...- zaczął Krystian, a ja kopnęłam go w nogę by się zamknął.
- Chodzi o to, że nie możemy uwierzyć, że oglądałeś polską ligę, w dodatku kobiecą.- wybrnęłam.
- Błagam. Lubię oglądać jak laski grają w nogę. Jak mam czas to chodzę na mecze Barcy Femenin.- oznajmił z dumą. Może jednak powinnam mu powiedzieć całą prawdę o mnie? Czy może nie? Aaaaaa!
Odwróciłam się do Krystiana i wzrokiem dałam mu znać, żeby się na chwilę ulotnił.
- Dobra ja was zostawiam. Muszę pojechać po rzeczy i pozałatwiać parę spraw.- podniósł się z kanapy.- Miło było ciebie poznać.- zwrócił się do Gerarda, który odpowiedział mu uśmiechem.- Do zobaczenia później.- cmoknął mnie w policzek i wyszedł.
- Too, co sprowadziło ciebie w moje skromne progi?- zapytałam gdy Kris wyszedł.
- No cóż. Stęskniłem się, poza tym mogę ci pomóc w przygotowaniach na jutro. Kto wie więcej o zawodnikach Barcy niż jeden z nich?- zaśmiał się.
- W sumie masz racje.- zachichotałam.- To chodźmy do mnie. Tam mam materiały.- wstaliśmy i ruszyliśmy do mojej sypialni. Geri tradycyjnie rzucił się na moje łóżko, a ja poszłam do biurka po kserówki. Gdy się obróciłam w jego stronę, był oparty o ramę łóżka i poklepał miejsce obok. Położyłam się w wyznaczonym miejscu, jednak zamiast o ramę, oparłam się o jego klatkę piersiową. Ten tylko mnie objął i zaczął jeździć palcem po moim przedramieniu.
- No to od czego zaczynamy?- zapytał po chwili.
- Hmmm... Może od początku? Victor? Wiem, że jest kontuzjowany ale może będzie okazja i z nim porozmawiam na jakiejś sesji.- Gerard skinął głową na potwierdzenie.
- No dobra. Ma żonę Yolandę i troje dzieci. Co tam u nich?- zaczęłam.
- Z tego co wiem, ostatnio się trochę kłócili, ale VV ostatnio chodzi bardzo zadowolony mimo kontuzji. Może doczekamy się czwartego Valdesiątka?- zaśmiał się.
- Ależ ty pomysłowy.- parsknęłam śmiechem.- Valdi ma jakieś problemy albo coś? Słyszałam, że jest typem samotnika, ale może wiesz czy go coś dobija ostatnio? Jak znosi ciągłą krytykę i niesprawiedliwe oceny?- zasypałam obrońce pytaniami.
- Powiem tylko tyle, że on nie jest aż takim samotnikiem jak wszyscy mówią, więc nie masz się o co martwić. A co do krytyki? Czasem widać, że go to boli, ale szybko się otrząsa i daje z siebie jeszcze więcej.- odparł bawiąc się mokrymi kosmykami moich włosów.
- No okey, a co tam u Martina?- przeszłam do Montoyi.
- Bardzo dobrze. Młody się stara i widać, że mu zależy. Zawsze na treningach jest zadowolony jak gwizdek. Z Maite też mu się układa wyśmienicie podobno. Wrogów nie ma, a prasa często go chwali.
- A żeś się naprodukował. No to teraz mój ulubieniec.- uśmiechnęłam się słodko i czułam jak Geri napina mięśnie. Zachichotałam, a on mocniej mnie objął.
- No tutaj nie wiem co powiedzieć, wiesz o mnie wszystko.- uśmiechnął się uwodzicielsko, a ja zaczęłam jeździć palcem po jego umięśnionym brzuchu.
- Na pewno wszystko?- zapytałam trochę ciszej patrząc w te jego błękitne oczy.
- Nie mam przed tobą tajemnic.- pocałował mnie w policzek, a jego druga dłoń powędrowała na moją talię. W tamtym momencie przypomniało mi się o wczorajszej sytuacji.
- A jak tam twoje stosunki z kolegami z drużyny?
- Bardzo dobrze, czemu pytasz?- wyczułam w jego głosie niepewność.
- Ze wszystkimi się dogadujesz?- podkreśliłam dwa pierwsze słowa. Wyczuwałam kolejne oznaki zdenerwowania.
- Ej Geriś. Wiesz, że mi możesz wszystko powiedzieć. Zostawiam to dla siebie, poza tym kocham cię i nie chcę żebyś cierpiał ani się czymś martwił.- pogłaskałam go po policzku. Ale zaraz czy ja powiedziałam ' kocham cię '?
- Iss, dobra masz mnie. Jest jedna sprawa. Nie lubimy się z Sanchezem. Ale w tym momencie nie dam rady ci wytłumaczyć dlaczego. Przepraszam...- czy mi się wydawało czy Gerard miał łzy w oczach?
- Geri, to ja przepraszam. Nie wiedziałam, że to taka delikatna sprawa. Przepraszam...- odwróciłam się do niego, usiadłam na kolana przodem i oplotłam go nogami w pasie. Przytuliłam go mocno do siebie. On też trzymał mnie w mocnym uścisku.
- Nie masz za co przepraszać. Nie wiedziałaś. Obiecuję, że kiedyś ci wszystko wyjaśnię.- bardziej wtuliłam się w jego ramiona. Trwaliśmy tak przed długi czas w ciszy. Nagle Geri delikatnie mnie od siebie odsunął. Ponownie zatopiłam się w jego błękitnych tęczówkach.
- Zrób coś dla mnie...- zaczął, a ja skinęłam głową.- Uważaj na Alexisa. Wiem, że to miły gość i w ogóle, ale ma głupie wyskoki.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Nie chce ciebie stracić przez niego. Jesteś dla mnie najważniejsza. Zależy mi na tobie i ...- zawiesił się.- Kocham cię Isa.- nie wiedziałam co odpowiedzieć, ani jak zareagować. Byłam zagubiona w jego pełnych nadziei oczach. Nie wiem co mi było, ale teraz to mi spływały łzy po zimnych policzkach.On błądził wzrokiem po mojej twarzy chyba oczekując na jakąś reakcję. Po chwili ujął moją twarz w dłonie, po czym kciukiem otarł moje łzy. Nie wiem co w tym momencie czułam. Gdyby chciał, w tym momencie mógł zrobić ze mną wszystko. Jednak on delikatnie musnął moje, zimne usta, swoimi rozpalonymi. Po tym od razu wtuliłam się w niego.
- Geri, ja nie wiem...
- Ciiii, Kochanie. Zrozumiem każdą, twoją decyzje. Pamiętaj, że cie kocham i nawet jakbyś mnie nie chciała znać, ja będę przy tobie.- powiedział i pocałował mnie tym razem w policzek.- Nie naciskam. Jeśli chcesz się tylko przyjaźnić, zrozumiem.
- Dziękuję... Też cie kocham, bardzo mocno, ale chyba nie tak, jak ty mnie.- ten się lekko uśmiechnął.
- Ja też ci dziękuję. Nigdy cię nie zostawię...- znowu musnął szybko moje usta. Ja oblałam się rumieńcem i starałam się ukryć twarz we włosach.- To kto następny?- zmienił temat. Byłam zdezorientowana.
Omówiliśmy już wszystkich piłkarzy i ich partnerki. Zleciało nam strasznie dużo czasu. Był już późny wieczór. Lubię spędzać czas z Gerardem. Odpręża mnie to, jednak od ostatnich wydarzeń, czuję się bardziej skrępowana. Mimo to, staram się tego zbytnio nie pokazywać. Niedługo później dostałam esemesa. ' Jestem w Lloret u starych znajomych i zostaję na noc. Nie martw się i powiedz Geriemu, że ma cie pilnować. Buziaki ;*' - Kris. No miło.
 Jakoś od godziny oglądaliśmy z Gerardem film, gdy za oknem rozszalała się burza. Zadrżałam.
- Ej spokojnie. Boisz się burzy?- spytał takim tonem, jakby go to bawiło.
- Nie.- w tym samym momencie mocno zagrzmiało, a niebo przecięła błyskawica. Pisnęłam i schowałam twarz w dłoniach.- Dobra, tak boję się. Bardzo...- miałam łzy w oczach ze strachu. Dobra, burza, jeszcze da się przeżyć. Gdyby nie to, że jakieś 10 minut później wyłączyli całe zasilanie w okolicy. Znowu pisnęłam i zadrżałam. Wtedy Pique wziął mnie na ręce i zaniósł do sypialni.
- Spróbuj iść spać. Jutro twój pierwszy dzień. Przyjadę po ciebie rano.- przejechał palcem po moim policzku.
- Geriś? Zostaniesz ze mną na noc? Nie wytrzymam tutaj sama.- załkałam.
- Jasne. Dla ciebie wszystko skarbie.- pocałował mnie w czoło i położył się obok. Mocno się do niego przytuliłam. W tamtym momencie zapomniałam o poprzedniej sytuacji. Cieszę się, że mam go teraz przy sobie.
- Dziękuję...- wyszeptałam. Niewiele czasu później, oboje usnęliśmy mocno wtuleni w siebie.
***
**
*
**
***
Kolejny rozdział tak szybko, ale to dlatego, że w sobotę wyjeżdżam na obóz i przez 2 tygodnie nic nie dodam nowego. ;p
Mam nadzieję, że rozdział nie jest najgorszy ;p
Do następnego :*



CZYTASZ= KOMENTUJESZ= MOTYWUJESZ

środa, 23 lipca 2014

Rozdział V

Szliśmy w zupełnej ciszy. Co chwilę zerkałam na jego uśmiechniętą twarz. Tryskał optymizmem jak mało kto. Pomimo, że rozmowa się nie kleiła, podobało mi się jego towarzystwo. Nadal się nie odzywając, doszliśmy do mojego mieszkania.
- Tooo- przerwałam w końcu- Kawy? Herbaty? Coś zimnego?
- Kawy, jeśli mogę prosić.- uśmiechnął się uwodzicielsko.
- Jasne. Rozgość się.- posłałam w jego stronę szeroki uśmiech.- dodałam po czym udałam się do kuchni by przygotować napoje i odłożyć zakupy. Hmmm ale szczerze? Co ja robię? Dobra to piłkarz Barcy ale JA GO NIE ZNAM! Sama się sobie dziwię, że przyprowadziłam 'nieznajomego' do siebie. Aaaaaa, to jest niemożliwe!
- Emmm... Może w czymś pomóc?- z zamyśleń wybudził mnie kojący głos Chilijczyka. Momentalnie się odwróciłam i nieśmiało uśmiechnęłam.
- Nie, już prawie skończyłam. Ale dziękuję.- szepnęłam nieśmiało. Ten tylko skinął głową i odwzajemnił uśmiech. Szybko zalałam kawę i udałam się do mojego mini salony. Usiedliśmy na jednej kanapie tak, aby się widzieć nawzajem.
- To czym się zajmujesz?- zaczął Alexis.
- Studiuję Psychologię Sportową, ale od poniedziałku idę na praktyki.- przełknęłam głośno ślinę.
- Ej to ciekawie! Gdzie się dostałaś?- musiał oczywiście o to zapytać. I tak by się dowiedział.
- W twoim klubie.- uśmiechnęłam się lekko z dziwnym uciskiem w brzuchu.
- Czyli będziemy współpracować?- wyszczerzył się.
- Tak, dokładnie.
- Znasz się chociaż trochę na piłce?- zabił mnie tym pytaniem trochę. Spojrzałam na niego pytająco.
- No bo jesteś piękną dziewczyną, zazwyczaj takie laski nie znają się na sporcie. A nawet jeśli, to ich wiedza ogranicza się do klaty Ronaldo.- teraz mnie trochę zdenerwował. Starałam się w tym momencie nie powiedzieć niczego, co mogło by zaszkodzić naszej znajomości. Jak on może myśleć, że wszystkie dziewczyny są takie same?! Chciałam mu już coś powiedzieć, ale co ja mogę?! ' Sorka ale gadasz z byłą reprezentantką Polski i jedną z byłych zawodniczek Lechii'? Do tego się nie posunę. Geri nie wie, że kiedykolwiek grałam. Nie chcę żeby ktokolwiek o tym narazie wiedział.
Z trudem wyminęłam ten temat. Nasza dalsza rozmowa dotyczyła z kąd jestem, ile tu mieszkam, o mojej rodzinie, jego rodzinie, jego początkach itp.
- To może powiesz mi kim jest ten 'cudak' z mojej drużyny co się z nim przyjaźnisz?- zagadnął.
- Gerard.- uśmiechnęłam się szeroko.
- Deulofeu?
- Nie, Pique.- gdy to powiedziałam, zdaje mi się, że uśmiech na chwile zszedł mu z twarzy.
- Hmm, to fajnie.- dało się wyczuć w jego głosie, że kłamie. Już chciałam się spytać o co mu chodzi, ale w tym samym czasie dzwonek do drzwi rozbrzmiał się na dobre.
- Zaraz przyjdę.- uśmiechnęłam się lekko, co odwzajemnił i poszłam otworzyć. Może to Pique? Oboje by mi może wytłumaczyli tą sytuacje. Dlaczego spochmurniał gdy powiedziałam, że Geri to mój przyjaciel... Może kiedyś któryś z nich mi o tym opowie...
Już stałam pod drzwiami i ogarnął mnie w jakimś stopniu strach. Miałam prawie stu procentową pewność, że to Gerard. Nie znam nikogo więcej w Barcelonie. Jeśli to on, mogę się chyba spodziewać kłótni i ostrej wymiany słów. Najwyżej będę żałować...
Przejechałam drżącą dłonią po zimnej klamce. Niepewnie na nią nacisnęłam.
- Hej Ger...- urwałam bo tego widoku bym się nigdy nie spodziewała. Nie, to nie był Pique. To był ktoś dla mnie znacznie ważniejszy. Gdy tylko spojrzałam na niego, natychmiast w moich oczach zagościły zły. Bez chwili namysłu i zbędnych słów, wtuliłam się w jego silne ramiona. Wróciły wszystkie dobre wspomnienia z Gdańska. Chciałam piszczeć ze szczęścia, nadal nie mogąc uwierzyć, że on tutaj jest. Czułam jak jego jedna dłoń przyciska mnie do siebie, a druga głaszcze mnie pomiędzy łopatkami. Byłam szczęśliwa. Mam przy sobie najlepszego przyjaciela, który odnalazł mnie pomimo, że go zostawiłam. Nie wiem ile tak staliśmy, ale wydaje mi się, że wyczerpałam limit łez szczęścia.
- Ej Isa, wszystko ok?- usłyszałam za sobą stłumiony głos Alexisa dochodzący z salonu. Lekko oderwałam się od mojego przyjaciela, który posłał mi pytające spojrzenie.
- Zaraz wracam, poczekaj chwilkę.- odpowiedziałam Chilijczykowi.
-  Co tutaj robisz? Z kąd wiedziałeś gdzie jestem?- spytałam mojego przyjaciela ocierając łzy z policzków.
- Myślałaś, że pozwolę ci wyjechać samej?- zaśmiał się i posłał w moją stronę szeroki uśmiech.- Gdy dowiedziałem się, że się wyprowadziłaś, zdobyłem od twojego ojca adres i zacząłem pracować by mieć kase ma bilet. Dlatego jestem tutaj dopiero teraz. Ale jeśli mnie tutaj nie chcesz, to wyjadę. To by wyjaśniało dlaczego wyleciałaś bez słowa...- posmutniał.
- Nie chciałam, żeby tak wyszło. Nie miałam siły żegnać się z tobą, ze świadomością, że mogę cię już nie zobaczyć. Bałam się twojej reakcji, że będziesz próbował mnie przekonać do zostania. Myślałam, że mnie znienawidzisz. Przepraszam...-  znowu wybuchłam płaczem. Nie wytrzymałam, oparłam się o ścianę i zsunęłam na podłogę. Mój przyjaciel zamknął drzwi i usiadł obok, przytulając mnie do siebie.
- Ej, nigdy bym ciebie nie znienawidził. Jesteś moją siostrą, nie zostawię cię nigdy. I przestań płakać bo ja też zaraz zacznę.- zaśmiał się na koniec. Nienawidzę siebie. Jak mogłam zwątpić w najbliższą mi osobę.
- Przepraszam..
- Nie masz za co. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję ci to.- po tych jego słowach zrobiło mi się ciepło na sercu. Wtuliłam się w niego i poczułam jak całuje mnie w policzek.
- Ekhm...- usłyszałam, co pozwoliło mi sobie przypomnieć, że nie jesteśmy sami. Podniosłam wzrok i ujrzałam Alexisa opartego o framugę drzwi.- Wszystko w porządku?- spytał zmartwiony kucając obok mnie. Zauważyłam, że zmierzył wzrokiem mojego towarzysza z Gdańska, który w tamtym momencie wstał i pomógł mi się podnieść.
- Tak, jest wszystko okey. Przepraszam, że cię zostawiłam.- posłałam w jego stronę przepraszający uśmiech.- W ogóle, Alexis to jest Krystian, mój przyjaciel. Kris, ty chyba doskonale wiesz kto to jest.- gdy to powiedziałam, oboje podali sobie dłonie. Widziałam w oczach Krystiana fascynacje. Alexisa raczej to nie ruszało.
- Ja się zwijam, bo chyba chcecie sobie pogadać na osobności. Na stoliku zostawiłem ci karteczkę ze swoim numerem. Jak coś to dzwoń.- widziałam w jego oczach zazdrość. Podszedł do mnie i pocałował mnie w kącik ust.- Do zobaczenia w poniedziałek na treningu.- wyszeptał mi do ucha i wyszedł. Mocno zdziwiło mnie jego zachowanie. Dobra mam do niego słabość, ale znam go zaledwie parę godzin.
- Oj chyba masz mi sporo do opowiedzenia.- mówił zdziwiony Kris.
- No trochę tego jest.- zaśmiałam się.- Chodź.- dodałam i oboje poszliśmy do salonu. Zwinęłam ze stolika karteczkę z numerem i włożyłam do kieszeni.
- No to opowiadaj co tam u ciebie.- zaczęłam, a ten tylko przewrócił oczyma.
- Skończyłem z treningami, znalazłem moją najlepszą przyjaciółkę i teraz jestem szczęśliwy. Twoja kolej.
- Zaraz CO?! Jak to skończyłeś z treningami?!
- Zgubiłem motywacje. Miałem ważniejszą sprawę na głowie...
- Jak wrócisz do Polski, wszystko odkręcisz jasne?
- Nie wracam. Zacznę treningi w jakimś tutejszym klubie. Ty jesteś moją motywacją, siostra. Nie zostawię ciebie.
- Nie wiedziałam... Nie jestem dobrym powodem by rezygnować z marzeń.
- Jesteś najlepszym powodem. Marzenia? One właśnie się spełniają. Ja i moja przyjaciółka mieszkamy w Barcelonie. Chcę spróbować swoich sił w szkółkach Espanyolu albo Barcy. Dziękuję, ci za to, że w końcu wyrwałem się z Polski. To wszystko dzięki tobie, a nie przez ciebie.- w moich oczach zagościły zły.
- Kocham cie wiesz?- wyłkałam, a Kris mocno mnie do siebie przytulił.
- Ja ciebie też, Mała.- trwaliśmy przez chwilę w tym uścisku i nagle do mnie coś dotarło.
- Skoro się tutaj przeprowadziłeś, to gdzie mieszkasz?
- Narazie w hotelu, ale już szukam jakiegoś domu.
- Ty chyba żartujesz! Zamieszkasz ze mną. Mieszkanie nie jest takie małe. I nie pytam się ciebie o zdanie. Jutro podskoczymy po twoje rzeczy do hotelu.
- Jesteś szalona wiesz? Ale za to cię uwielbiam.- zaśmiał się.- A teraz opowiadaj z kąd znasz Sancheza.
Opowiedziałam mu wszystko od mojego 1 dnia tutaj. O kłótni z Fabregasem, o przyjaźni z Pique i o  jego wczorajszym wyznaniu i dzisiejszej sytuacji.
- Ej chwila. A co Alexis miał na myśli w ' do zobaczenia na treningu'? Wróciłaś do gry?!- widocznie się podjarał. Wyjaśniłam mu całą sytuacje, opowiedziałam o praktykach. Trochę ochłonął. Gadaliśmy bez przerwy do późna. Rozmowa nas tak pochłonęła, że nic nie jedliśmy do końca dnia. Gdy zbliżała się 2 w nocy, znużył mnie sen. Oparłam głowę o jego klatkę piersiową i odpłynęłam.
***
**
*
**
***
Taki nudnawy trochę. :( Do następnego ;p

czwartek, 17 lipca 2014

Rozdział IV

Obudziła mnie rano lepka maź spływająca po mojej dłoni. Szybko otworzyłam oczy i odruchowo wytarłam w coś rękę. Tym czymś była koszulka Geriego. Upssss... Mam nadzieję, że się nie obrazi.
Podniosłam wzrok i zdałam sobie sprawę, że ową mazią, była ślina Ramosa, który zapewne lizał mi ręce. W tym samym czasie poczułam, że Gerard nadal obejmuje mnie w talii. On wygląda tak słodko i niewinnie gdy śpi. No własnie, gdy śpi...
Nadal męczy mnie myśl o wczorajszej sytuacji i jego wyznaniu... Dobra, pocałował mnie, ale może to była tylko chwila słabości? Moment zapomnienia? Zresztą sam powiedział, żebym udawała że nic nie było. Jednak to co powiedział później? Że mu na mnie zależy? Nie, nie może być...  Nie chcę go ranić, ale lepiej dla nas, żebyśmy nie byli razem. Kocham go, ale nie jako chłopaka, partnera. tylko jak przyjaciela, brata...
Ostrożnie wyswobodziłam się z jego objęć i ruszyłam do kuchni. Miałam nadzieję na znalezienie tam czegoś do picia, ewentualnie do jedzenia, jednak się przeliczyłam. Jego lodówka świeciła pustkami, a jedyne co znalazłam to jakieś pare jabłek. Jedno z nich pochłonęłam z prędkością światła. Chociaż coś. Następnie wróciłam do salonu, gdzie nadal, słodko drzemał Pique. No chłopie, jest już 12. Przydałoby się ruszyć to leniwe dupsko. Jednak dzisiaj będę łagodna... I tak za chwilę muszę wracać do siebie.
- Hej Geri, wstawaj.-szepnęłam, delikatnie przejeżdżając dłonią po jego szorstkim policzku. Pomimo, że nadal miał zamknięte oczy, uśmiechnął się.
- Za wcześnie...- wymruczał po chwili.
- Ej, jest 12. Poza tym budzę cię tylko po to, żeby uświadomić ciebie, że za chwilę wychodzę.- znowu szepnęłam i tym razem lekko musnęłam ustami jego policzek, po czym wróciłam do kuchni.
- Zaraz, COOO?!- usłyszałam tylko krzyk i hałas, który mógł świadczyć o tym, że Gerard spadł z kanapy. Szybko znalazł się w kuchni, trzymając się za głowę.
- Widzisz co zrobiłaś? Boli...- zrobił minę bitego dziecka.- Należy się za to coś- oznajmił nadstawiając policzek. No jasne...
- Ramosa poproś.- zaśmiałam się, ale mój przyjaciel nie puścił mi tego płazem. W tamtym momencie znalazłam się na podłodze, przyduszona ciężarem Pique.
- I co teraz zrobisz?- spytał ze śmieszną miną.
- Nie wiem, zapewne spróbuję ci uciec.- zachichotałam. Tylko ujrzałam ten jego błysk w oku, po czym dusiłam się własnym śmiechem. Tak dokładnie, oczywiście mój kochany Gerard zaczął mnie torturować czym? Łaskotkami oczywiście...
- Jezu, Gerii hahahahaah przestaaaań!- wydzierałam się przez śmiech. Ten jednak nie przestawał.- Zaraz się posikam hahahahahaha! Nie rób mi tego hahahah!- nie dawał za wygraną.- Zrobię hahaah wszystko co hahahahah chcesz! Tylko przestań!- o! i tutaj tortury się skończyły.
- Wszystko powiadasz?- poruszył śmiesznie brwiami, a ja się zaśmiałam znowu.
- No dobra, prawe wszystko.- wyszczerzyłam się.
Wielkolud zszedł ze mnie, po czym pomógł mi wstać. Zdziwiło mnie to, bardzo.
- Czemu tak szybko wracasz?-zapytał po chwili.
- Muszę się przygotować na poniedziałek. Wiesz, nie chcę zmarnować takiej szansy, jaką jest praca z mistrzami.- uśmiechnęłam się zalotnie, a ten tylko się zaśmiał i pokręcił śmiesznie głową.
- No dobra, tym razem cię puszczę, ale możesz być pewna, że to pierwszy i ostatni raz jak zostajesz u mnie na tak krótko.- zaśmiał się, podszedł i objął mnie w pasie. W tym czasie, moje ręce powędrowały na jego kark. Czułam się bezpiecznie w jego ramionach. Tak- inaczej. Podniosłam głowę by powiedzieć coś na pożegnanie, lecz uniemożliwił mi to Geri, wpijając się w moje usta. Nadal całował nieśmiało, delikatnie, ale zadziwiło mnie to, że zaczęłam odwzajemniać ten pocałunek. Sama nie wiem co chciałam. Jednak, całując go, czułam się lekko, swobodnie, doskonale. Zapomniałam o wszystkim i zatracałam się w coraz to głębszych pocałunkach. Jednak, gdy na sekundę przerwał, lekko odsunęłam się, zdając sobie w końcu sprawę co tutaj się wydarzyło.
- Iss, jaaa...- chyba też nie wiedział co powiedzieć. Widziałam, że się denerwował.
- Geri, spokojnie. Nic się nie stało, jasne? Pogadamy w poniedziałek, bo teraz na serio muszę wracać...- przybliżyłam swoją twarz do jego, by móc cmoknąć go w policzek. Delikatnie się uśmiechnął, po czym odgarnął mi włosy za ucho. Czułam, że moje policzki przybierają powoli odcień dojrzałego pomidora, więc powoli zaczęłam się wycofywać i kierować w stronę wyjścia.
- Do poniedziałku i nie spal domu!- krzyknęłam, otwierając drzwi.
- Ty się znowu nie zgub.- odkrzyknął gdy ja już byłam przy furtce, a on stał w wejściu. Pomachałam mu i ruszyłam w stronę mojego mieszkania.
Znowu zostałam sam na sam z moimi myślami i sumieniem. Czemu ja to odwzajemniłam? Dlaczego znowu mnie pocałował? Czy ja tego chcę? A nawet jeśli, to dlaczego od tego uciekam? Nie wiem, po prostu nie wiem...
Po 30 minutach drogi, bijąc się z myślami, doszłam do Camp Nou. Długa kolejka do kasy, zdaje się nie mieć końca. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Chwilę później, dotarłam do mieszkania. Po wejściu do niego, od razu w oczy rzuciła mi się karteczka na stoliku w kuchni. Zapewne zostawił mi ją Gerard wczoraj. Tylko on ma jeszcze klucze do mojego mieszkania. Kiedyś bez mojej wiedzy je sobie dorobił, twierdząc że musi je mieć ' w razie czego'.
" Nie masz jedzenia w lodówce. Też cię kocham. GP" - taaaa mogłam się spodziewać. No ale mam teraz odpowiedź co teraz robić. Szybko wyszłam i ruszyłam w stronę najbliższego sklepu.
Błąkałam się pomiędzy regałami. Szczerze? Sama nie wiedziałam co kupić. Jednak gdy dodarłam do działu ze słodyczami, w oczy od razy rzuciły mi się moje ulubione ciasteczka, które bardzo rzadko można było dostać w Polsce. Ale oczywiście musiały być gdzie? Na najwyższej półce, a z moim 165 cm wzrostu, dosięgnięcie ich jest praktycznie niemożliwe. Ale się nie poddam. Odłożyłam koszyk z wybranymi produktami na ziemię, po czym próbowałam dosięgnąć ukochane ciastka. Musiało to naprawdę zabawnie wyglądać, bo skakałam jak mała małpka. Nagle ktoś mnie złapał za biodra i uniósł ku górze. W ten oto sposób dostałam pudełko ukochanych słodyczy. Gdy tylko nieznajomy odstawił mnie na ziemię, szybko odwróciłam się by zobaczyć kim jest mój ' pomocnik '. Ale tego widoku nie spodziewałabym się, nigdy. Przede mną stał niewiele wyższy ode mnie brunet z trochę ciemniejszą ode mnie karnacją. Automatycznie spojrzałam w jego boskie, czekoladowe oczy, które tak doskonale znam. Może on do najwyższych nie należy, ale dzięki jego sile, zdołał mnie podnieść bym dosięgnęła upragnione pudełko. Pewnie wyglądałam jak idiotka wpatrująca się w jego tęczówki z lekko otwartymi ustami.
- Hej, w porządku? - przerwał dziwną ciszę.
- Jasne wszystko ok. Dziękuję za pomoc.- uśmiechnęłam się lekko.
- Nie ma sprawy. Nie mogłem dłużej patrzeć jak się męczysz.- zaśmiał się.
- No więc... Ja ciebie dłużej nie zatrzymuję. Do zobaczenia.- uśmiechnęłam się, chwyciłam koszyk z zakupami i odwróciłam się w stronę kas. Jednak zatrzymał mnie stanowczy, a zarazem delikatny uścisk w okolicy mojego lewego nadgarstka. Spokojnie do mnie podszedł i posłał w moją stronę nieśmiały uśmiech.
- Nie mam dzisiaj żadnych planów i mam nadzieję, że ty też nie bo porywam cię na kawę.- oznajmił ze spokojem, ale i lekką niepewnością.
- Może to ty dasz się zaprosić? Jestem tobie to winna za pomoc.- sama byłam zdziwiona, że to powiedziałam. Chyba jego też to zaskoczyło.
- J..jasne.- wyjąkał.- Tak w ogóle to jestem...
- Spokojnie wiem kim jesteś.- przerwałam- Ja jestem Isabel.
- Fanka?- spytał, nie wiem czy z nadzieją, czy z poirytowaniem.
- Tak jakby. Ale nie mam zamiaru krzyczeć, czy coś w tym stylu. Przyjaźnię się z jednym cudakiem z twojej drużyny.- odparłam, a on tylko zrobił zdziwioną minę.
- To gdzie idziemy?- spytał.
- Do mnie, to niedaleko.- odparłam i szybko poszłam do kasy uregulować rachunek. Nie umknęło mi również to, że przy kasie, ekspedientki pożerały go wzrokiem. Było to zabawne, nawet bardzo.
- Too, gdzie mieszkasz?- spytał po tym jak wyszliśmy ze sklepu.
- Zobaczysz panie Sanchez, zobaczysz.- uśmiechnęłam się zadziornie. Sama jestem zdziwiona swoim zachowaniem, ale przynajmniej nie myślałam o Gerim...
- Po co tak oficjalnie? Wystarczy Alexis.- szeroko się uśmiechnął, pokazując rządek równych i białych zębów.
- Jasne. Alexis.- powiedziałam nieco ciszej i nieśmiało się uśmiechnęłam. Ten tylko spojrzał na mnie z uwodzicielskim uśmiechem i iskierką w oczach. Ja szłam tylko przed siebie, ukrywając we włosach, czerwone policzki.
***
**
*
**
***
Szczerze? Nie wiem co tutaj napisać :)
 Do następnego ^^

piątek, 11 lipca 2014

Rozdział III

  Od pamiętnej sprzeczki z Cesciem minęły trzy miesiące. Skończyły się wakacje i zaczęłam chodzić na wykłady na Uniwersytecie Barcelońskim. Czyli mniej więcej tak jak zaplanowałam. Jednak od nauki odrywa mnie Geri. Dzwoni prawie codziennie, często się z nim spotykam. Ogólnie mówiąc, chyba znalazłam w Barcelonie przyjaciela. Zawsze jest przy mnie kiedy potrzebuję pomocy, pomaga mi czasem w zajęciach, nie pozwala mi się nudzić i smucić. Jednak nie zastąpił mi Krystiana, to przyznaję. Chyba nikt nie jest w stanie mi go zastąpić...
*
Na zajęciach, nasz wykładowca oznajmił, że każdy z nas został przydzielony na praktyki do jakiejś drużyny lub sportowca. Wtedy nie chodzimy na zajęcia, tylko normalnie do pracy. Jeśli nam się uda tam w jakiś sposób zaistnieć, będziemy mogli to kontynuować. Z jednej strony nie mogłam się doczekać, a z drugiej bardzo się bałam.
- Pan Jorge Fernandez, panu przypada Rafael Nadal*.
- Panna Julia Pena, pani zajmie się Melani Costą**.
- Panna Alessandra Garcia, pani przypada klub sportowy. A konkretnie Espanyol Barcelona.- szczerze wtedy mi ulżyło.
- Pan Martin Bolero, pana podopieczna to Marta Dominguez***.
- Panna Isabel Murawska- wtedy wielka gula utknęła mi w gardle.- Pani również przypada klub sportowy. Na początku przydzieliliśmy pani FC Lloret, jednak jak widzę po pani opasce na ręku, bardziej zadowalający będzie inny barceloński klub. Więc jak już panna się domyśla, pod twoje skrzydła oddajemy legendarną FC Barcelonę.- jezu. Nie mogę w to uwierzyć. Pomimo, że już od 3 miesięcy przyjaźnię się z Pique, jestem podekscytowana pracą z całym kubem. To było moje marzenie, które własnie się spełnia.
Dalej nie słuchałam kto komu jest przydzielony. Byłam zbyt podekscytowana tym kim ja się zajmę.
- Praktyki zaczynacie od poniedziałku. W wyznaczonych miejscach macie się stawić o 9:30. Na tych kartkach macie wszystkie informacje o praktykach oraz o osobach którymi się zajmujecie. No więc życzę powodzenia i owocnej współpracy.- tylko to dotarło do mnie z rzekomo długiej wypowiedzi wykładowcy. Nagle poczułam wibracje mojego telefon w lewej kieszeni mojej bluzy.
"O której kończysz, Mała? GP" Uśmiechnęłam się automatycznie do komórki. Zawsze się głupio szczerzyłam gdy Geri do mnie dzwonił lub pisał.
" Za 20 minut. Czemu pytasz Wielkoludzie?" Szybko wystukałam, ale a odpowiedź też nie musiałm długo czekać.
"Porywam cię. Po twoich zajęciach czekam przed UB. Streszczaj się tym razem :* " Jezu już się boję co on znowu wymyślił. Ostatnio jak mnie 'porwał', nie kończyło się to dla mnie dobrze. A zwłaszcza dla mojego MP3, który został przez przypadek utopiony w jeziorze do którego mnie wrzucił w ciuchach. Ehhhh... Oby nie było źle.
Do końca lekcji czas szybko mi minął. Gdy rozbrzmiał dzwonek, szybko zerwałam się z miejsca i wyszłam przed gmach uniwersytetu. Od razu w oczy mi się rzucił wysoki mężczyzna z lekko rozwianymi, blond włosami i szerokim uśmiechem, oparty o swoje klubowe Audi. Gdy tylko do niego podbiegłam, czułam jak się topię w jego silnym uścisku.
- Jak tam w szkole?- spytał gdy tylko weszliśmy do auta.
- Nie jest źle. Muszę ci się tylko pochwalić.- zaczęłam z chytrym uśmieszkiem.
- No dawaj.
- No więc przydzielili mnie na praktyki.- próbowałam budować napięcie, ale kiepsko mi to wychodziło.
- Ale super! Gdzie? Do kogo?- zaczął się podniecać. Wielkie dziecko po prostu.
- No więc, przez co najmniej najbliższe 4 miesiące, będziemy współpracować panie Pique.- chciałam zachować powagę, jednak po wypowiedzeniu tego zdania pisnęłam z radości. Tylko zobaczyłam szeroki uśmiech na jego twarzy po czym, znowu znalazłam się w żelaznym uścisku stopera.
- Jezu, Isa nie wiesz jak ja się cieszę!- krzyknął z entuzjazmem.- Kiedy zaczynasz? Będziesz naszą nową panią psycholog?
- Tak będę i zaczynam od poniedziałku. A teraz zluzuj bo mnie zaraz udusisz.
- O matko jak ja się cieszę! W końcu będziemy mogli razem spędzać więcej czasu, w końcu poznasz całą drużynę!- mówił jak nakręcony. Poza tym miał racje, poznam drużynę. Tyle razy mi proponował pójścia na ich trening i na słynne imprezy do Daniego lub Pedro. Zawsze odmawiałam. Tylko czemu? Może to stres? A może po prostu boję się konfrontacji z byłym kapitanem Kanonierów. W sumie minęły już 3 miesiące od naszego ostatniego spotkania. Może już mnie nie kojarzy? Może zapomniał dawno o tej sprawie i tylko ja, idiotka, ciągle się tym zamartwiam? Nie wiem i trochę boję się wiedzieć...
- Ej, Isa. Żyjesz? Bo nic nie mówisz...- z zamyśleń wyrwał mnie Geri.
- Sorka- uśmiechnęłam się.- Too, gdzie chciałeś mnie porwać?- zmieniłam temat.
- Poznasz mojego przyjaciela.- powiedział z dumą.
- Chyba nie masz na myśli pana 'widzę tylko czubek własnego nosa' Fabregasa?- spytałam, a on się skrzywił.
- Nie mów tak o nim. To mój najlepszy przyjaciel i na pewno jak go bliżej poznasz to się polubicie.- prychnęłam. - I nie to nie z nim cię poznam.
- Szczerze? Już się boję...- zagryzłam dolną wargę.
- Polubisz go, zobaczysz.- zaśmiał się. W tamtej chwili również dojechaliśmy do jego domu.
- Ramos wróciłem!- krzyknął otwierając drzwi. Jezu poznam Ramosa! TEGO Ramosa!
Nagle przybiegł do nas średniej wielkości owczarek niemiecki. Wiedziałam, że to zbyt piękne by mogło być prawdziwe...
- To jest Ramos. Mój nowy pies.- wypiął dumnie pierś, a ja parsknęłam śmiechem.
- Ja myślałam, że ty mnie z Sergio poznasz. A ty mi tutaj z psem wyskakujesz?!
- Ej! Ranisz goo!- powiedział z udawanym urażeniem, zakrywając psu uszy.- Zostaniesz z nami?- spytał.
- No nie wiem...
- Ej no proszę! Obejrzymy coś, zadzwonię po Fabsa, zjemy pizze...
- Wszystko spoko, tylko nie dzwon po tego idiote, proszę...
- Czemu go aż tak nienawidzisz?- usiadł na kanapie, a obok niego resztę miejsca zajął ten kundel. Hmmm super. Nie ma dla mnie miejsca...
- Chyba wiesz czemu... Nie mówmy już o tym.- odpowiedziałam i usiadłam bokiem na kolanach Geriego. Na początku zrobił zdziwioną, ale po chwili wyglądał na zadowolonego.- No co? Twój kochany piesek zajął mi miejsce.- zaśmiałam się.- Jak go wygonisz, to z ciebie zejdę.- uśmiechnęłam sie chytrze, a jego błękitne oczy momentalnie zaświeciły.
- Kochany piesku, pod żadnym pozorem nie schodź z tej kanapy.- powiedział poważnym tonem do pupila. Ramos tylko spojrzał na niego tym swoim tępym wzrokiem i jakby chciał mu zrobić na złość, zsunął się z sofy i położył się na stopach Geriego. Szybko zmieniłam miejsce z triumfaorskim uśmiechem.
- Dzięki Ramos...- syknął i zrobił obrażoną minę.
- Oj Geruś, nie bądź zły.- pogłaskałam go po zarośniętym policzku. Na jego twarzy na sekundę pojawił się uśmiech, jednak potem znów udawał obrażonego.
- Ej! Pique! Na psa bądź zły, nie na mnie!- i nic. Nawet nie drgnął. Dobra, ostatni sposób.
- Heeeej noo, proooszę!- szepnęłam i musnęłam ustami jego policzek i wtuliłam się w jego umięśnione ciało. Najwidoczniej podziałało, bo jego ręce momentalnie mnie objęły.
- To co oglądamy?- spytał jakby nic się nie stało.
- Wszytko jedno szczerze mówiąc. Wybierz coś.- uśmiechnęłam się i podniosłam głowę by móc spojrzeć mu w oczy. A on w tamtej chwili zrobił coś, czego chciałam uniknąć. Powoli zbliżył swoją twarz do mojej i delikatnie mnie pocałował. Jego pocałunek był nieśmiały i dosyć krótki. Od razu potem spuściłam głowę z powrotem i przygryzłam dolną wargę.
- To co wybrałeś?- rzuciłam pierwsze co mi przyszło na myśl. Głośno westchnął, ale po chwili puścił obiecany film. Oglądaliśmy w ciszy, a ja myśląc o ostatniej sytuacji czułam jak odpływam...
- Err. Isa? Uznajmy, że to się nie wydarzyło, ok?- spytał cicho po wielu minutach ciszy. Byłam tak śpiąca, że nawet mu nie odpowiedziałam. Wtuliłam się bardziej w jego tors i poczułam jak pocałował mnie w czubek głowy.
- Nawet nie wiesz, jak mi na tobie zależy kochanie...-szepnął ledwo słyszalnie. Mimo wszystko konciki moich ust lekko uniosły się ku górze, a ja usnęłam...
***
**
*
**
***
Dzisiaj znowu na spokojnie :)
* Rafael Nadal- tenisista
** Melani Costa- pływaczka
*** Marta Dominguez- lekkoatletka

Ten rozdział jest z wyjątkową dedykacją dla PANI RUBIO, która obchodzi dzisiaj urodziny! (Właśnie jest godzina 00:05, 12 lipca.)
Dużo zdrowia, szczęścia z Rickim! I tak jak ci życzyłam w święta - dużo dzieci! :) Powodzenia w koszykówce i meega dużo sukcesów :D I żebyś dalej pisała takie zajebiste blogi jak dotychczas *.* ;3
NAJLEPSZEGO :D :*

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rozdział II

Obudziły mnie promienie słońca błądzące po mojej twarzy. Leniwie zwlokłam się z łóżka i podążyłam w stronę łazienki. Oczywiście nie obyło się bez potknięcia o moje walizki. Wszędzie się walały. Było to dosyć małe mieszkano ale mnie wystarcza. Nawet mogę kogoś przenocować, bo nawet nie spodziewałam się że mam tutaj 2 sypialnie. No cóż.
Szybko się ogarnęłam, włożyłam na siebie granatową sukienkę i ruszyłam na podbój nowego miasta. W Barcelonie byłam przedtem 3 razy, ale sprawy główne kręciły się tylko wokół Camp Nou. Nie żebym miała to komuś za złe. Uwielbiam to miejsce. Nawet teraz, kiedy stoję właśnie pod tym zniewalająco pięknym budynkiem, coś mnie ciągnie żebym znów tam zawitała. W środku widziałam go zaledwie 6 razy. Gdybym tylko mogła, siedziałabym tam całymi dniami i nocami.
Dobra, przecież mogę tam od czasu do czasu zajrzeć co nie?
Z entuzjazmem wymalowanym na twarzy ruszyłam w stronę kas muzealnych. Co jakiś czas natykałam się na grupki fanowskie z przeróżnych części świata. Gdy przechodziłam przez bramki, czułam na sobie wzrok ochroniarzy. Dobra niech się się gapią, ale nie z drwiną i pogardą! Nigdy nie widzieli kobiety kochającej piłkę nożną? Ehhhh... szkoda czasu na takich idiotów.
Muzeum Barcy znam praktycznie na pamięć. Wiem gdzie leżą jakie trofea,gdzie stare koszulki itp. Więc od razu po wejściu udałam się w stronę trybun, na których mogłam siedzieć godzinami. Pamiętam jak tata pierwszy raz zabrał mnie na mecz Katalończyków. Przyszliśmy sporo czasu przed i jeszcze długo po zakończeniu spotkania podziwialiśmy piękno trybun i murawy.
Przechodziłam obok pokoju, w którym czasem przesiadują wspólnie zawodnicy przed spotkaniami albo przed pójściem na trening. I o dziwo, nigdy nic nie słyszałam gdy tamtędy przechodziłam. A dziś? Jakieś dzikie krzyki i śmiechy. Może to na prawdę oni!? Albo rezerwowi. Jezu, zobaczę ich z bliska? Nadal gapiłam się na tamte drzwi, jakbym ducha zobaczyła lub w tym wypadku usłyszała. Tyle, że to nie były duchy, dla mnie to w pewnym sensie bogowie footballu. Pewnie musiałam wyglądać śmiesznie tak się patrząc, wiec postanowiłam iść dalej w stronę trybun. Jednak moim błędem było to, że szłam na trybuny nadal patrząc się na tamte drzwi. Jednak ożywiło mnie to, że właśnie rąbnęłam moim tyłkiem o podłogę oraz to, że wylądował na mnie jakiś niezidentyfikowany płyn. Byłam mokra i brudna, a nade mną stał facet z poirytowaną miną.
- Czy ty nie widzisz jak chodzisz?!- krzyknął wkurzony mężczyzna. Ale zaraz. Ja znam doskonale ten głos, te oczy, tatuaże na rękach i delikatnie garbaty nos. Wszystko się chyba zgadza, jednak nie pasował mi ton głosu, którym do mnie mówił.
- Przepraszam, zagapiłam się, ale to chyba nie taki wielki powód żeby być na mnie aż tak wkurzonym, panie Fabregas. Pan w ogóle nie 'ucierpiał', to ja mam pana napój na sukience i siedzę na ziemi jak jakaś porypana.- lekko się uniosłam. Nie umiem trzymać nerwów na wodzy.
- Ooooo! Widzę, że wiesz kim jestem. Gratulacje, zasługujesz na Nobla.- powiedział z ironicznym uśmieszkiem.
- Oczywiście, że wiem kim jesteś. Ale nigdy bym się nie spodziewała, że z ciebie jest taki burak!- nie wytrzymałam. Coś czuję, że jeszcze kilka minut w jego towarzystwie i może tutaj wybuchnąć prawdziwa wojna.
- Błagam cię. Możesz sobie o mnie opowiadać co tylko chcesz, ale i tak nikt ci nie uwierzy. Jesteś nikim by móc zrobić cokolwiek co mnie chociażby zaboli- no tak jestem nikim- Zejdź mi z oczu..- Na odchodne dostałam od niego jeszcze z bara. Nigdy nawet nie podejrzewałam, że Cesc może być takim chamem i pustakiem!
Przypomniało mi się jednak o mojej mokrej sukience, więc ruszyłam w stronę toalet. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię.
- Hej, przepraszam za Cesca. Czasem ma takie wyskoki.- moim oczom ukazał się bardzo wysoki blondyn z nieziemsko błękitnymi oczami i pokrzepiającym uśmiechem.
- Jeju...- odjęło mi mowę w tym momencie, ale wiedziałam, że jednak muszę coś powiedzieć.- Nie musisz przepraszać za niego. Po prostu jest frajerem i tyle.- odpowiedziałam z bólem w sercu. Cesc to nadal mój piłkarski idol.
- Ej, wiem że cię wkurzył, ale on nie zawsze taki jest. Słowo honoru!- zaśmiał się.- A teraz chodź!- zamurowało mnie.
- Ale gdzie? Praktycznie się nie znamy.- powiedziałam smutno.
- Gerard Pique, miło mi.- uśmiechnął się szeroko i podał mi dłoń.
- Izabela Murawska- zaśmiałam się i uścisnęłam mu ją. A on to perfidnie wykorzystał i pociągnął mnie gdzieś w głąb stadionu z założonym kapturem.
- Ej! Gdzie mnie prowadzisz?!- zapytałam w końcu. Nic nie odpowiedział, tylko wprowadził mnie do przestrzennego pomieszczenia, a dokładnie do drużynowej szatni. Podszedł do swojej szafki i wyciągnął z niej swoją meczową koszulkę i rzucił ją w moją stronę.
- Łap, nie możesz chodzić w mokrych ciuchach!
- Ale ja nie mogę tego przyjąć...- spojrzałam prosto w te jego błękitne tęczówki. Lekko się uśmiechnął, a na mojej twarzy pojawił się rumieniec, którego chciałam jak najszybciej ukryć.
- Nadal chcesz być mokra? No chyba że wolisz chodzić bez sukienki? Mi to nie przeszkadza.
- Zboczeniec! Dobra założę ją, ale nie mam spodenek.- zachichotałam. Ten tylko przewrócił oczyma i wyciągnął ze swojej szafki spodenki z numerkiem 3.
- Dziękuję, a teraz się odwróć jeśli możesz?
- Po co? - zapytał z iskierką w oczach.
-Hmmm no nie wiem. Może po prostu chcę się przebrać?- postałam w jego stronę słodki uśmiech a ten od razu się obrócił. Szybko zmieniłam ubranie.
- Dziękuję, za wszystko.- uśmiechnęłam się gdy z powrotem się obracał.
- Nie masz za co, zrobiłem to co powinienem. Po za tym lubię cię wiesz? - puścił do mnie oczko. Oboje wyszliśmy z szatni.
- Idziesz ze mną na trening?- zapytał. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Nie bardzo. Przepraszam. Ale już wiele dla mnie zrobiłeś.- uśmiechnęłam się cierpko karcąc się w duchu dlaczego mu odmawiam.
- Na pewno? Wszyscy cię na pewno polubią. Będzie fajnie.- zachęcał mnie.
- Nie, przepraszam. Muszę już iść. Dziękuję za wszystko.- wyszczerzyłam się po czym powoli obracałam się w stronę trybun.
- Zostawisz mi chociaż swój numer?- zapytał nieśmiało przeczesując włosy.
- Jasne- uśmiechnęłam się delikatnie. Wymieniliśmy się numerami po czym każde z nas poszło w swoją stronę.
Usiadłam na plastikowym krzesełku i wpatrywałam się w ten słynny napis na trybunach. Mogę tu siedzieć godzinami. Uwielbiam patrzeć na stadion, na murawę, na fanów najlepszego klubu świata.
Kiedyś marzyłam by tutaj zagrać, w drużynie FC Barcelony Femenin. Ale teraz wiem, że to były głupie dziecięce marzenia. Muszę żyć teraźniejszością. Nie snami, które są jedynie wytworem naszej wyobraźni. Trzeba się z tym pogodzić i stawić czoła światu, który nie jest taki idealny jak nam się wydaje.
***
**
*
**
***
Tyle na dziś. Też się za wiele nie działo, ale mam nadzieję, że nie jest źle ;p Do następnego ;*

czwartek, 3 lipca 2014

Rozdział I

 Zatłoczony korytarz. Wielki stres i obawa, że ci nie pójdzie. Tak, to uczucia towarzyszące egzaminom końcowym na studiach. Zdenerwowany siedzisz i czekasz, aż w końcu ciebie wywołają.
- Panna Izabela Murawska, pani kolej.- usłyszałam moje nazwisko z ust wykładowcy. Zalał mnie zimny pot. Podniosłam się z miejsca i niepewnie ruszyłam w stronę wyznaczonej sali. Zamknęłam za sobą drzwi i usiadłam na przeciwko mojego egzaminatora.
- Witam, czy możemy od razu zaczynać?- zaczął pan Chojnicki. Czułam na sobie jego wzrok. To stresowało mnie jeszcze bardziej.
- Jasne..- lekko skinęłam głową na potwierdzenie. Mężczyzna zaczął coś bazgrać na kartce leżącej przed nim. Coraz bardziej trzęsły mi się ręce. Zadawał mi serie trudnych pytań. Moje odpowiedzi były pewne, starałam się nie jąkać, ja to zwykle robię gdy się stresuje. To wszystko przechodziło w miarę sprawnie. Po jakiejś godzinie nastała cisza, a egzaminator znowu nabazgrał coś na kartce.
- Proszę o pani indeks.- powiedział z kamienną twarzą. Podałam mu to o co prosił, a serce waliło mi jak młotem.
Po wypisaniu potrzebnych rzeczy, podsunął mi mój notesik pod dłoń, którą opierałam na biurku.
- A wiec panno Izabelo, to był zaszczyt panią uczyć. Słyszałem, że na dalsze studia wybiera się pani na półwysep Iberyjski. Mógłbym wiedzieć na jaki kierunek? Dalej z psychologii, czy na zupełnie inny?- zapytał.
- Dziękuję bardzo. Będę nadal studiować psychologie, ale sportową.- lekko się uśmiechnęłam. Troszkę mi ulżyło, Chojnicki wyluzował, a stres mnie powoli opuszczał.
-No proszę, pięknie!- szeroko się uśmiechnął.- No to życzę powodzenia i gratuluję wyników!- uścisnął mi dłoń, po czym udałam się do wyjścia. Już za drzwiami oparłam się o ścianę. Nadeszła chwila prawdy. Otworzyłam indeks na właściwej stronie i zamarłam.Udało się! Przejechałam palcem po miejscu, w którym była wpisana moja ocena. Zdałam i to z rewelacyjną oceną, 5 to nie byle co!
Zadowolona, tanecznym krokiem wróciłam do domu by się spakować. Już wieczorem miałam samolot.
*
Mama siedziała w kuchni przy stole. Bez słowa położyłam indeks na przeciwko niej i poszłam do pokoju. Kocham to pomieszczenie. Bordo-granatowe ściany pokryte plakatami moich ulubionych sportowców. Stare szkice wiszące na ścianie, puchary i medale ze starych turniejów. To część rzeczy które zostały mi z mojej pasji. I pomyśleć, że niecałe 5 lat temu byłam, jedną z najlepszych. A teraz? To tylko wspomnienia. W tym momencie nie wiem czy bym się zdecydowała na powrót do piłki nożnej. Nadal trudno mi się z tym pogodzić.
*
Nie pakowałam wiele ciepłych ubrań, bo nie będę ich często potrzebować. Oczywiście nie mogę wyjechać bez starych rupieci. W mojej walizce znalazły się stare korki, ochraniacze, piłka, koszulki, szaliki i inne kiedyś potrzebne mi rzeczy. Mimo to, że zdaję sobie sprawę, że nie zagram, to nie wyobrażam sobie tego tutaj zostawić. To część mnie. Chce mieć je przy sobie. Zawsze.
Po paru godzinach,  pełni spakowana, zniosłam walizki i torby do przedpokoju. Zwinęłam z kuchni jabłko i butelkę wody. Coś musiałam zjeść w samolocie, a zapach tam sprzedawanych orzeszków przyprawia mnie o mdłości. Usiadłam na kanapie obok mojej mamy i ojczyma. W końcu wypadałoby się pożegnać.
- O której masz samolot?- zapytała oschle po kilku minutach milczenia.
- O 21. Tata zaraz po mnie podjedzie.- odparłam patrząc się w sufit.
- To fajnie. Pozazdrościć.- sapnęła obojętnie. Irytowało mnie jej zachowanie. Nagle poczułam wibracje mojego telefonu. ' Już jestem, wyprowadzaj graty'- tak brzmiała wiadomość od mojego ojca.
- No dobra, to ja się żegnam. Będzie mi was brakować.- wymusiłam uśmiech.- Narazie!- i cisza. Nawet nie zaszczycili mnie spojrzeniem. Wzięłam głęboki oddech i wyprowadziłam bagaże na zewnątrz, by potem spakować je z tatą do auta. No to w drogę!
- I jak się czujesz? Będziesz nas czasem odwiedzać?- spytał po kilku minutach milczenia. Zawsze mogłam na niego liczyć.
- Jasne. Zresztą jak będziecie chcieli to zapraszam do mnie.- uśmiechnęłam się.
- Jak będziesz czegoś potrzebowała to pamiętaj, że zawsze możesz zadzwonić.- zapewnił.
- Dziękuję. Jak będę na miejscu to wyślę ci esemesa z moim nowym numerem.- odparłam. Nie chciałam się kontaktować z mamą i innymi. W tamtym momencie, mój telefon zaczął znowu wibrować. To Krystian. Odebrać? Czy może nie? To jest mój najlepszy przyjaciel od mojej przeprowadzki do Gdańska. Boli mnie to, że mu nie mówię o moim wyjeździe z kraju, ale nie zniosę rozstania. Chciałabym się z nim pożegnać, ale wiem, że nie dam rady. Nie wiem czy on mi to wybaczy. Ale mam nadzieję, że mnie nie znienawidzi...
Dojechaliśmy na miejsce. Tachając 2 walizki i 4 torby podeszliśmy do punktu odpraw. Gdy było po wszystkim, pożegnałam się z ojcem i poszłam z bagażem podręcznym do punktu odlotów. Usidłam na plastikowym krześle, tuż obok szyby z widokiem na pas startowy. Przez 40 minut patrzyłam jak wielkie maszyny odlatują do różnych krajów na świecie. Jednak nadeszła ta chwila. Stewardesa poprosiła wszystkich do drzwi, przez które mięliśmy przejść do samolotu.
Zajęłam miejsce tuś przy oknie. Nerwowo zaczęłam brać głębokie oddechy. Dla uspokojenia, po instrukcjach długonogiej kobiety w granatowym stroju, założyłam słuchawki po czym wsłuchiwałam się w kolejne melodie moich ulubionych utworów.
2 godziny przebiegły spokojnie, bez turbulencji.
- Proszę zapiąć pasy, za 2 minuty lądujemy.- usłyszałam głos stewardesy. Nie lubię momentu lądowania. Zawsze czuje jakby serce podchodziło mi do gardła. Na kolejne 5 minut zamknęłam oczy i kurczowo trzymałam się podpórek na ręce. Gdy poczułam, że stoimy, podniosłam się i wyszłam z samolotu kierując się po odbiór bagażu. Po odebraniu wszystkiego, z uśmiechem na ustach wpakowałam przeczy do taksówki.
- Na Carrer d'Aristides Maillol 13, proszę.- powiedziałam nienagannie po katalońsku. Ten tylko skinął głową i ruszył.
Rozpierała mnie duma, wreszcie spełniłam jedno ze swoich marzeń. Tak, własnie. Mieszkam w Barcelonie, na tej samej ulicy na której znajduje się Camp Nou. Cały czas się uśmiechałam i nadal nie mogę uwierzyć, że przywiało mnie aż tutaj. Do Stolicy Katalonii.
***
**
*
**
***
I tak oto mamy pierwszy rozdział. :) Nic się nie dzieje, ale to kwestia czasu :D

wtorek, 1 lipca 2014

Prolog

Siedziała na kolanach ojca, wpatrując się na niewielki telewizor. Zafascynowana 22-oma mężczyznami w białych i bordo-granatowych koszulkach, biegającymi za piłką. Wszyscy obecni w tamtym pokoju zachwycali się tymi 'białymi' jednak nie ona. Dziewczynka cały czas patrzała na 'bordo-granatowych'. Na początku nie rozumiała jaki jest sens tej całej kopaniny, ale po pierwszych 45-u minutach powoli ogarniała o co chodzi. Gdy padł pierwszy gol dla 'białych', w pokoju wszyscy zaczęli skakać i krzyczeć ze szczęścia. Ona na początku też skakała, jednak bez emocji jak inni. Robiła tak, bo każdy tam tak robił. Jednak gdy zobaczyła smutne miny tych drugich, usiadła i również uśmiech zszedł jest z twarzy. Mecz mijał, a gdy gola zdobył kataloński klub, to ona zaczęła skakać i piszczeć, kiedy reszta zgromadzonych siedziało zdenerwowanych i patrzeli na dziewczynkę z oburzeniem. Gra się wznowiła i niedługo potem padła druga bramka dla Blaugrany. Gola strzelił niewysoki mężczyzna, którego ruchy obserwowała cały czas z niezwykłą uwagą. Znowu zaczęła piszczeć z radości. 
Mecz się skończył. Wszyscy załamani, a ona? Pięciolatka odżyła i biegała zadowolona jak gwizdek po całym domu. Po chwili uczepiła się nóg ojca.
- Tatuś! Ja też chcę tak jak tamci panowie!- krzyknęła.
- Chcesz grać jak panowie w białych koszulkach?- zapytał ojciec i wypiął dumnie pierś.
- Nie! Chcę jak ten pan z cyfelką 6 w kololowej!- pisnęła, a zszokowany ojciec tylko ją przytulił.
- Zobaczymy co da się zrobić.- lekko się uśmiechnął.
*
Niecały miesiąc później, dziewczynka biegała za piłką w barwach Elany Toruń. Nauczyła się grać, nauczyła się zasad. A najważniejsze, że czerpała radość z każdej sekundy spędzonej na boisku.
2 lata później uległa kontuzji, złamała lewy piszczel. Wykluczyło ją to z gry na 12 miesięcy. Bolało ją bardzo, że nie może iść pograć.
Jednak po wyleczeniu urazu, od razu wróciła do sportu, Była silniejsza i wytrzymalsza niż przedtem. Rozwijała się, strzelała więcej bramek. Nadal marzyła by grać jak barcelońska  '6'.
Gdy miała 16 lat, była u szczytu formy. Sukces osiągała jak i w swoim nowym klubie ( Lechia Gdańsk), jak i w reprezentacji Polski u18. Cały czas śledziła poczynania swojego ulubionego klubu. Pragnęła, by kiedyś zagrać w ich damskiej sekcji. Jednak wszystko co dobre, kiedyś się kończy. W szkole radziła sobie coraz gorzej, co zdecydowanie nie pasowało jej matce, która od zawsze starała się zapobiec rozwoju córki w tym sporcie. Szukała byle pretekstu by to wszystko zakończyć. Aż w końcu znalazła. Zakończyła karierę szesnastolatki w niecały tydzień. Nastolatka załamała się i nie umiała się pogodzić z decyzją mamy. Jednak wciąż kochała ten sport, oglądała każdy mecz FC Barcelony, nadal interesowała się światem footballu. Jednak już w ogóle nie grała. Nic. Zero.
Lata mijały, a ona coraz bardziej oddalała się od swojej pasji. Zajęła się studiami, ale chciała wyjechać za granicę. Bardzo dobrze znała Hiszpański, Angielski i Kataloński. Miała cel. Po roku studiów wyjechać do Hiszpanii, dostać się na Uniwersytet Barceloński, znaleźć pracę i zacząć życie od nowa. Z dala od Polski, od ciągłego stresu, od ciągłych uwag jej matki.
***
**
*
**
***
No to mamy prolog ;p Niedługo pojawi się pierwszy rozdział :)

BOHATEROWIE :)

Trochę o głównych postaciach:














Izabela Murawska- młoda studentka; od dziecka zakochana w piłce nożnej; kiedyś grająca na pozycji środkowego pomocnika w reprezentacji Polski i Lechii Gdańsk; wyjechała z Polski by zacząć nowe życie, bez ciągłych narzekań matki; nikomu poznanemu w Barcelonie nie opowiada o swojej przeszłości.


Gerard Pique- stoper FC Barcelony; nowy przyjaciel Izabeli; kocha swoich przyjaciół i nie lubi gdy się nawzajem kłócą; pomaga Izie odnaleźć się w nowym mieście jakim jest Barcelona.


Francesc Fabregas- pomocnik FC Barcelony; na pierwszy rzut oka arogancki i pusty; najlepszy przyjaciel Gerarda; od początku nie miał dobrego kontaktu z Izą, jednak po jakimś czasie postanawia to zmienić.


Alexis Sanchez- skrzydłowy FC Barcelony; casanova, który zauroczył się Izabelą; ciekawy tego, co ona ukrywa w swojej przeszłości; uwielbia imprezy; nie wiadomo dlaczego, on i Pique się nienawidzą.


Krystian Martinez- polak z hiszpańskimi korzeniami; najlepszy przyjaciel Izabeli w Gdańsku, kiedyś byli nierozłączni; po jej wyjeździe, przestał trenować piłkę nożną; ciągle mu brakuje najlepszej przyjaciółki na miejscu.